Duża (marpil) i Mała (Majka) w świecie, gdzie nawet literatura jest piękniejsza...

czwartek, 30 kwietnia 2015

267. BEZ TEGO ANI RUSZ

STEFAN THEMERSON
„NARODZINY LITER”
WYDAWNICTWO WIDNOKRĄG, PIASECZNO 2014
ILUSTROWAŁA FRANCISZKA W. THEMERSON


Soboty zwykle zaczynają się od rytuału. Leżymy obok siebie – ja i ona. Moje oczy jeszcze nie widzą, sklejone snem, a ona już by chciała góry przenosić… Zazwyczaj krzyczy „Poczytaj mi!”, gdy ja jeszcze spod półprzymkniętych powiek, nie dostrzegam liter. „Poczytaj mi, poczytaj mi, poczytaj mi, no proszę, proszę, poczytaj mi” - dźwięk narastający, coraz bliżej ucha, coraz wyższe rejestry i błagalne tony w głosie, na granicy histerii czasem… W desperacji rzucam: „Chyba będę musiała nauczyć cię czytać, to sama będziesz sobie czytać w sobotnie matko-leniwe poranki!”. Sobotni rytuał ulega zmianie i modyfikacjom. W uszy sączy się teraz „Naucz mnie czytać, naucz mnie czytać, no proszę, proszę, naucz mnie czytać”.
Zaczynamy bieg przez literki, bieg z przeszkodami, uświadamiający nam, że zrozumieć fenomen pisma to niełatwa sprawa i że trzeba wielkiej determinacji, żeby nauczyć się czytać.
Potrzeba było tak samo wielkiej, żeby wymyślić litery.
To, co dziś przyjmujemy za pewnik, że B ma dwa brzuszki, H wygląda jak huśtawka, a T ma daszek, to praca wielu osób, wielu umysłów, wielu wizjonerów, z których każdy miał jedno pragnienie – porozumienia.
Historia zaczyna się od zwykłej Jadwisi i jej notesika w ceratowej oprawie i od Wicusia, jej brata, który swój notesik podarł. Wicuś idzie na zakupy i nie ma gdzie zapisać listy potrzebnych rzeczy – na chusteczce wiąże ku pamięci supełki. Ale pamięć jest zawodna i co prawda zostaje w niej znaczek pocztowy i papier listowy, ale ulatuje flaszeczka atramentu – mimo supełka.
Od takich supełków zaczyna się pismo, od tajemniczych wiązań, z których każde oznacza co innego. Potem są rysunki, ale wielość ich interpretacji może rodzić nieporozumienia. Dlatego od hieroglifu w kształcie sowy, mamy teraz literę M, a lew zamienił się magicznie w L.





STEFAN THEMERSON
„POCZTA”
WYDAWNICTWO WIDNOKRĄG, PIASECZNO 2014
ILUSTROWAŁA FRANCISZKA W. THEMERSON
W duchu porozumienia powstała też instytucja poczty. To mniej więcej ten sam kaliber rozwoju, co pismo, ten sam mozół, ogrom zmian, ta sama bezbrzeżna chęć – chęć, by przekazać informację. Najpierw ludzie krzyczeli do siebie z dwóch brzegów rzeki. Ale głos, nawet donośny, ma moc, poza którą jest tylko cisza. Jeden mógł powiedzieć drugiemu, tamten następnemu i kolejnemu, jak w głuchym telefonie. Tylko, czy na pewno ostatni usłyszy to, co powiedział pierwszy? Potem dawali znaki ogniem. Ale jak zanieść wiadomość w wielkim deszczu? W końcu ktoś wpadł na pomysł, że można coś napisać i wysłać umyślnego (jakie piękne słowo!), by zaniósł wiadomość do innego miasta, a potem dalej w świat. To był przełom (możliwy dzięki rozwojowi pisma) i trzeba było teraz tylko udoskonalić wehikuły, unowocześnić metody, skrócić czas przejazdu z punktu A do punktu B.
W 1932 roku, gdy książka się ukazała, najszybszy był radiotelegraf. Themersonom nie śniło się zapewne, że czerwone skrzynki zastąpią kiedyś skrzynki wirtualne, że szelest papieru będzie wydłużał kontakt, że na rzecz prędkości, porzuci się jakość.
Nie warto…
Majka ma kuzynkę – dzieli je 120 km. Lubią być razem – jedna zapatrzona w drugą. Po spotkaniu zwykle jest czas, gdy obydwie tęsknią do siebie trochę więcej niż zwykle, gdy mocno chcą ze sobą być. „Napisz list” - mówi któregoś dnia Tata Majki. Jako, że to ja jestem od słów, siadamy razem i myślimy, co Majka chciałaby powiedzieć Wiki. List jest gotowy, Majka koloruje go i ozdabia naklejkami. List pachnie, list szeleści, list jest niepowtarzalny, bo nawet, gdyby go przepisywać, to litery trochę inny kształt przybiorą i nigdy nie będzie dwóch identycznych narysowanych kotów. List trzeba wrzucić do skrzynki. Trzeba nadać mu moc, naklejając znaczek o koszmarnym (od wieków tym samym) smaku kleju. Można pomachać mu na pożegnanie, można nawet pocałować kopertę.
A potem się czeka na odpowiedź. I to czekanie, do skrzynki zaglądanie, jest inne, niż na maila, ma w sobie coś z rytuału, coś z mistycyzmu, coś ze znaków dymnych i głuchego telefonu sprzed wieków, coś ze wszystkich oddechów jeźdźców, którzy padli niosąc wiadomości na grzbietach zmęczonych rumaków, coś ze stukotu kół pociągów, w których jest specjalny wagon – sortownia listów…
Mail idzie elektronicznie, list idzie ludźmi…
Taka różnica.






Jak zwykle niesamowite książki, jak zwykle czar opowieści i ilustracji sprzed 100 lat (niemal). Jak zwykle wielowymiarowe podejście do tematu. Jak zwykle dopracowane w każdym szczególe. Themrsonowie – wiele więcej mówić nie trzeba...  

1 komentarz:

  1. Piękna ta poczta! PS. ja ciągle czuję dreszcz emocji gdy widzę, że coś mamy w skrzynce pocztowej, niestety zwykle to wyciągi z banku lub jakieś ulotki :) ale życzę naszym dzieciom, żeby czasy nie zmieniały się tak bardzo i żeby czasem też dostawały i wysyłały prawdziwe listy :)

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za słowa do prywatnej kolekcji...