Duża (marpil) i Mała (Majka) w świecie, gdzie nawet literatura jest piękniejsza...

piątek, 3 kwietnia 2015

263.NIE LUBIĘ, ALE LUBIĘ



ASTRID LINDGREN
„KARLSSON Z DACHU”
(TŁ. IRENA SZUCH-WYSZOMIRSKA, ANNA WĘGLEŃSKA, TERESA CHŁAPOWSKA)
NASZA KSIĘGARNIA, WARSZAWA 2015
ILUSTROWAŁA MONIKA POLLAK

Bardzo często mówi „Hejsan, hoppsan!” i „Hoj, hoj!”. Uwielbia figielkować, a jeszcze bardziej tirrytować. Grunt to dla niego spokój, a wiele rzeczy to przecież „zwykła rzecz” (na przykład zniszczone firanki czy powódź w łazience). Jest „przystojnym i nadzwyczaj mądrym, i w miarę tęgim mężczyzną w najlepszych latach”. [s.13]. Niewątpliwie nieskromnym, niewątpliwie złośliwym, niewątpliwie podstępnym, niewątpliwie irytującym (no tirrytuje przecież, a to wyższy poziom irytacji jest). Kradnie, kłamie, wyłudza, denerwuje większość osób, które się z nim stykają, ma wybujałe ego i nigdy nie okazuje uczuć. Ale ma śmigło, które włącza się przyciskiem na brzuchu, więc potrafi latać i mieszka na dachu. A co najważniejsze – jest przyjacielem Braciszka. Braciszek to najmłodsze, trzecie dziecko w rodzinie, które nosi taki przydomek pewnie dlatego, że wszyscy się nad nim rozczulali. Teraz jest już trochę za duży – nawet mamie na kolanach siada tylko w ukryciu, gdy są sami, bo to już nie wypada, choć ma się czasem na to wielką ochotę. Braciszek jest bardzo przywiązany do swojej rodziny, ale czuje się w niej chyba trochę samotnie, dlatego gdy poznaje Karlssona, który pewnego dnia po prostu wlatuje przez okno, sądzi, że to najszczęśliwsze, co go spotkało w życiu.
Przygody, jakie wspólnie przeżywają, zjeżyłyby włos na głowie każdego rodzica – dlatego całe szczęście, że rodzice Braciszka połowy z nich są nieświadomi – tych wszystkich spacerów po dachach, pościgach za złodziejami, tirrytowań pomocy domowej i kradzieży, w których bierze udział nieświadomie.
Długo się zastanawiałam, czy Karlsson nie jest wymysłem Braciszka, czy nie jest jego zmyślonym przyjacielem, którym rekompensuje sobie bycie najmłodszym w rodzinie (nie byłam w tym sądzie odosobniona, tak samo postrzegali początkowo Karlssona rodzice i rodzeństwo Braciszka). Ale nie, żadne dziecko nie mogłoby wymyślić przecież tak nieznośnego towarzysza zabaw! Owszem, latającego! Owszem, takiego, co lubi pofigielkować! Ale nie takiego, co tirrytuje, co podpala półki, niszczy ulubione zabawki, zjada nam obiad sprzed nosa, krytykuje, nigdy nie daje po sobie poznać, że mu na tobie zależy i znika często wtedy, gdy go najbardziej potrzebujesz. Braciszek często musi tłumaczyć się z zachowania swojego przyjaciela, często ponosi odpowiedzialność za jego czyny, często się za niego wstydzi. Ale równocześnie Karlsson mu imponuje, a gdy rzuci Braciszkowi jedno dobre słowo, jak ochłap, Braciszek łapie je, podskakując, nim doleci do ziemi. Zastanawiam się, na czym opiera się ta przyjaźń. Na lataniu? Wiem, że to dreszcz ekscytacji, gdy dzieje się coś nietuzinkowego, nawet, jeśli ma się potem zebrać za to cięgi. To swoisty rodzaj uzależnienia od „złych przyjaciół”, którzy pakują nas w kłopoty.
Nic na to nie poradzę, że nie lubię Karlssona. I uważam, że nowe ilustracje w wykonaniu Moniki Pollak, są trafniejsze niż złagodzona wersja Ilon Wikland. Wikland rysuje Karlssona przyjazną ręką, z kredytem zaufania, z pobłażliwością, rysuje przyjaznego facecika, którego nie da się nie lubić. Pollak w swojej kresce jest bardziej krytyczna – pozwala na interpretację i na swoje własne zdanie – można nie lubić Karlssona, proszę bardzo, interpretacja ilustracji dowolna (bo potrafię sobie wyobrazić, że pollakowy Karlsson wywołuje w kimś dobroduszne uczucia).
Jedno jest natomiast pewne – nie da się nie lubić Braciszka – szlachetnego, prawdomównego, pomocnego, opiekuńczego. I powstaje podejrzenie, że w Karlssonie lęgną się wszystkie złe cechy, które nie mają dostępu do Braciszka, a potrzebują gdzieś się ulokować, zagnieździć, znaleźć dom.
Drugie zaś, co jest pewne, to że nie można nie lubić Lindgren, jej poczucia humoru i daru do snucia opowieści. Nie można więc nie przeczytać „Karlssona z dachu” i nie pozwolić mu czasem przelecieć za oknem.  









2 komentarze:

  1. O, jakże podobne mamy zdanie o Karlssonie!
    Miałam z nim kłopot, no bo jakże nie lubić bohatera Lindgren? A jednak nie lubiłam.
    Egoista i kłamczuch, w dodatku tak wykorzystuje Braciszka! Żeruje na jego naiwności!
    Ale właśnie: czy Braciszek nie wymyślił go sobie sam? Co z tego, że razem z kłopotami? Tak jest bardziej realistycznie, poza tym kłopoty bywają intrygujące!
    Miałam więc kłopot z Karlssonem, ale córce kupiłam audiobooki od Jungowskiej.
    I teraz razem rozmawiamy o tym, że Karlsson nie powinien, że jak on mógł, że ...
    ;-)

    OdpowiedzUsuń
  2. Też zawsze miałam wrażenie, że Karlsson jest dla Braciszka wentylem bezpieczeństwa, możliwością wyrażenia tych wszystkich emocji, do których nie wypada się przyznawać dorosłym uważającym dzieci za idealne aniołki i wcielenie niewinności. (Wiem, że w którymś tomie rodzice w końcu WIDZĄ Karlssona i wiedzą, że Braciszek go nie wymyślił, ale dla mnie to ostateczne potwierdzenie właśnie, że nie da się wyprzeć negatywnych uczuć i emocji zaprzeczyć im i twierdzić że ich nie ma, że one są tak samo realne jak szlachetność Braciszka i współistnieją razem. W biografii Astrid wspomina się, że psychologowie i krytycy tak właśnie interpretują Karlssona - jako mroczny cień Braciszka. I oczywiście każde dziecko powie, że ono nie jest jak Karlsson, ale na ogół zna inne dziecko, które się zachowuje DOKŁADNIE jak Karlsson. W byłym Związku Radzieckim z kolei uznano Karlssona za symbol niezepsutego dzieciństwa podobnież ;)

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za słowa do prywatnej kolekcji...