Duża (marpil) i Mała (Majka) w świecie, gdzie nawet literatura jest piękniejsza...

środa, 30 lipca 2014

205.KOLOROWA PRYWATKA

MAGALI BARDOS
„LICZĘ DO 100”
BABARYBA, WARSZAWA 2014
IKUSTROWAŁA MAGALI BARDOS

[Babaryba stawia na dwa końce kija – z jednej są ukochane książki z dzieciństwa, z drugiej premiery, które wprawiają w zdumienie]

Na początku był strach. Otworzyłam tę książkę i szybko zamknęłam. Przeraziłam się bogactwa kolorów, a właściwie ich przepychu. Ale zaraz potem zobaczyłam, że one się nie gryzą, że mają po prostu świetną zabawę. Że tak być musi, bo inaczej mogłoby być nudno. Że to specjalnie, bo matematyka ma się kojarzyć z lekkością, pomysłowością, z harcami i hasaniem, ze swawolą, z czymś, do czego chce się wracać – obracać na języku, w placach i w głowie.
Majka do misiów wraca cały czas. Ogląda je wolno, albo szybko. Liczy albo nie. Czasem dodaje, a czasem kartkuje od tyłu i wtedy jest odejmowanie. Misie hipnotyzują. Są nieco szalone, delikatnie surrealistyczne. I taką też mają fabułę – mglistą, szaleńczą, ale istniejącą – bo jest las, w lesie mieszkają misie, które uciekają przez myśliwymi, którzy chcą je upolować... Jest zemsta, gdy misie wkradają się na przyjęcie i ucieczka-wycieczka do ciepłych krajów. A po drodze jeszcze jakiś list gończy za misiami. Trzeba szybko liczyć, żeby za rozwojem akcji nadążyć – ale najważniejsze, że wszystko kończy się dobrze. Zgodą. I okrągłą setką.
To niby zwykła książeczka z liczbami. Ot, - jeden las, dwie góry, misiów sześć. Nic nadzwyczajnego, normalka. Ale...
To nie tylko kolory – intensywne i zwracające uwagę. To liczby. A liczb jest 100 – od 1 do samego końca. Zazwyczaj spotyka się w tego typu książkach nieszczęsne, wałkowane po tysiąckroć 10. Owszem – to pierwsze i na początku, to te, od których się zaczyna, to alfabet liczbowy i niezachwianie fundamenty. Jasne, że uczę Majkę liczenia od 1 do 10. Że cieszy mnie ta reprezentacja (choć zawsze, niezmiennie, jej recytacja zaczyna się od dwóch i pomija siódemkę). Ale warto pokazać Dziecku, że liczb jest wiele, że jest ich nieskończoność, że nie kończą się na małej, tekturowej książeczce z 10 ciastkami, albo krówkami, albo palcami, albo co tam jeszcze. Że jest ich znacznie więcej, ogrom cały, na wielkich rozmiarów knigę (o genialnym, lekko chropowatym papierze, mrrrr....). Że zawsze po 10 jest 11, a po 90 jest 91. Wiem, że ktoś może mieć obawy, że aż 100 liczb nie pomieści się w małej głowie, że mała głowa od tego pęknie – nie pęknie, sprawdzone, Majka ma głowę tam gdzie zawsze, choć po miśki sięga często. Może w tej chwili niekoniecznie po to, po co zostały stworzone, choć czasem nachodzi ją chętka, by liczyć. Ale widzi, że 6 to mniej niż 66, a po to jest ta książka.
I jeszcze po to, żeby zasugerować, że liczby są wszędzie, że nas otaczają, że liczyć można wszystko – rodzynki w cieście, guziki przy koszulach, drzewa w lesie, a nawet sam las. Że świat utkany jest w pewnym sensie z matematyki, że we wszystkim kryją się wzory. Czasem są nieoczywiste, na pierwszy rzut oka niewidoczne. Ale potem okazuje się, że w Sylwestrze ukryło się 31, najważniejsze piętro w bloku to 15, a droga układa się w liczbę 25. Genialny pomysł! Coś co mi-się podoba w misiowej książce najbardziej!
A kolorami, plamami barwnymi, ta książka pokazuje, że wszędobylska matma jest naprawdę fajna, że warto wpaść do niej na prywatkę, policzyć misie, dodać je do myśliwych i zjeść ciasta, zatańczyć z nią, zaśpiewać, jak z nut wyrecytować - „1 las, 2 góry... miodek 5 razy dziennie i najważniejsze 6 misiów!”












[Dziękujemy wydawnictwu Babaryba za możliwość powymachiwania własnym kijkiem]

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Dziękuję za słowa do prywatnej kolekcji...