Duża (marpil) i Mała (Majka) w świecie, gdzie nawet literatura jest piękniejsza...

środa, 20 listopada 2013

121.BEST+LOOK

STEFAN THEMERSON
BYŁ GDZIEŚ HAJ TAKI KRAJ/ BYŁA GDZIEŚ TAKA WIEŚ”
WIDNOKRĄG, PIASECZNO 2013
ILUSTROWAŁA FRANCISZKA THEMERSON

[Można być innym, ale widzieć to samo, wiedzą to w Widnokręgu i udowadniają dzielnie]

Znajoma opowiadała mi niedawno o domu swojej przyjaciółki. Podobno są tam antyki. Podobno każdy bibelot ma określone miejsce i jest nieprzesuwalny. Podobno książki, które stoją w salonie, obłożone są wszystkie w taki sam złoty papier. Żeby ładnie prezentowały się na półce. „A skąd wiesz, jaki tytuł gdzie stoi?” - pyta moja znajoma. „To nie jest ważne, ważne, że pięknie wyglądają”.
Parskamy śmiechem i odchodzimy w dwie różne strony, każda czytać swoją książkę.
Ale dziś, przy czytaniu „Był gdzieś haj taki kraj, Była gdzieś taka wieś” powraca do mnie ta rozmowa jak echo. Bo nagle do mnie dociera, że książka może być traktowana również jako przedmiot. I to wysoce użytkowy, jeśli jest się oczytanym. Że można ją na chwilę wydrążyć z sensu i zostawić samą łupinkę, skorupkę – przyglądnąć się ilustracjom, przyglądnąć się grzbietowi, papierowi, składowi. Że któreś bierze się do ręki z wielką przyjemnością, a któreś od razu obkłada się w szary papier, żeby nie straszyły frontem. Albo po to, żeby nie zaginały się plastyczne ich rogi.
Całe moje rozważania to z powodu małego słówka „bestlooker”, umieszczonego na stronie wydawnictwa w kontekście tej małej, niepozornej książeczki. Bo Themersonowie chcieli, żeby wszystko wyglądało jak najlepiej. To było ich awangardowe podejście do książki i chyba, mimo upływu lat, troszkę awangardowe pozostało. Bo mało kto za równie ważne jak tekst, uznaje to, jak książka leży w ręku i czy głaszcze oko już po pierwszym z nią przywitaniu.
Owszem, ważne są rysunki, obrazki, ilustracje w książkach dla dzieci, zwracamy uwagę na ich autora i zawartość różowego koloru (oby nie za wysoka!). Ale mam wrażenie, że w książeczce Themersonów nie chodzi tylko o to. Owszem, ilustracje to jedna ze składowych, ważna część, ogniwo, nanizane na sznurek tekstu. Ale oprócz tego ważny jest krój czcionki. Albo kolor okładki. Albo format.
A same historyjki są dwie – jedna o kraju, który ma bardzo długa nazwę „Alibajdadzikafrajdawtomigraj” (28 liter!). I w tym kraju oprócz krokodyli, hipopotamów i muchy tse-tse, żyje sobie Sabarawarak, co piecze figowy tort. I jeszcze Karawarabas, co nastawia chlebowy kwas. I najpierw coś mieli, czymś się cieszyli, a potem nagle podstępna mucha tse-tse pozbawia ich kwasu i tortu, a robi to w taki przemyślany sposób, że w jej intrygach czytelnik gubi się i plącze. Co prawda wszystko jest narysowane, napisane, ale tekst biegnie po kole i nie wiem od kogo zaczyna się ubywanie tortu i kwasu...
A we wsi z kolei najpierw nie ma nic. No może prócz błota, z którego nie da się zrobić nic pożytecznego. Ale ważniejsze, że mieszkają tam ludzie, którzy to nic nagle dostrzegają, zaczyna im przeszkadzać i stwierdzają, że to od nich zależy, by w miejsce błota stanęły drogi, łaźnie, kina i spółdzielnie... Dwa odbicia lustrzane – tu było, a nie ma, a tam jest, choć nie było. Nawet tu Themersonowie dopięli ostatni guzik, co się kryje w przysłowiu.
Gdy czytam tę książkę Majce – co nie jest wcale proste, bo „Sabarawarak” wciąż sprawia mi trudności (już nawet gdy piszę, jest ciężko...), co chwilę wybucham śmiechem. Bo to jak żart. Jak gilgotki, jak łaskotki – nie umiem opowiedzieć tych paru linijek w taki sposób, w jaki napisali/narysowi je Themersonowie Trzeba zobaczyć, trzeba połamać sobie język na „Alibajdadzikafrajdawtomigraj”. Albo z uwagą prześledzić drogę kwasu i maku i na koniec z konsternacją stwierdzić, że nie do końca wiadomo, kto go zjadł i wypił najwięcej.
Piękno i „best” w tej książce jest na wszystkich poziomach – treści; samych słów, z których treść złożona jak misterne puzzle, poskładanych jak cegiełki, powkładanych jedne w drugie; na poziomie warstwy wizualnej. Hipopotam został moim idolem! I wciąż ćwiczę płynne czytanie tych wierszy – za pierwszym razem błędy pędzą na niedowierzaniu! Bestlooker (sic!)







[Dziękujemy trzem Mamom z ósemką Dzieci, które patrzą na Widnokrąg, że przyjęły nas w pewnym sensie do swojego grona i pozwoliły poczytać swoje książki]

2 komentarze:

  1. Dziś łamałam sobie język na tych historyjkach i parkałam śmiechem razem z Młodszym. Ja też się pogubiłam jeśli chodzi o kwas i mak... ;-) trudno się tutaj dodaje komentarze..weryfikacja obrazkowa utrudnia życie...

    OdpowiedzUsuń
  2. O tak! Można język połamać - chichrałam się przy tym sama z siebie! Ale świetne są! Warto pogimnastykować się dla nich :-)

    Mam jakiś problem z wyłączeniem weryfikacji :-(

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za słowa do prywatnej kolekcji...