Duża (marpil) i Mała (Majka) w świecie, gdzie nawet literatura jest piękniejsza...

niedziela, 3 listopada 2013

105.O CZYM MÓWI KWIAT, CZYLI „ŚWIĘTO ZMARŁYCH” TYPOWO

SAROLTA SZULYOVSZKY
„WDZIĘCZNY KWIAT”
WIERSZ LUCA MORANDINI
(TŁ. SEBASTIAN STACHOWSKI)
NAMAS, POZNAŃ 2011
ILUSTROWAŁA SAROLTA SZULYOVSZKY

[Namas to nieduże wydawnictwo – dowód na to, że z małego rodzi się największe.]

A kwiat mówi same piękne baśnie...
A kwiat szepcze do ucha...
A kwiat opowiada o jednej osobie, która kiedyś była, a teraz jej nie ma...
Sarolta Szulyovszky na początku zapewnia, że to prawdziwa historia jej prababci Kato (Katalin Vidi), która ostatnie 20 lat swojego życia spędziła w domku z ogródkiem. A tam hodowała kwiaty. Tam kwiatom oddawała siebie, żeby kwiaty w zamian niosły piękno. Pośród pąków, liści, łodyg i płatków biegała wnuczka Kato, Hajnalka. Po wytyczonych grządkach spacerował zmęczony pracą dziadek Geza. Ogród szalał barwami. I nagle, w samym jego środku wyrósł niezwykły kwiat. Może nie tak piękny, może nie tak okazały. Miał drucianą łodygę. I sztuczne liście. I plastikowe płatki. Ale babcia Kato, która nie widziała już tak dobrze oczami, ale wciąż widziała sercem i była mądra wielce i obdarzała szacunkiem wszystko to, co zechciało zakwitnąć w jej ogrodzie, zachwyciła się kwiatem. I chwaliła go każdego dnia. Także u schyłku lata, gdy pozostałe kwiaty wybuchały pięknem w ostatnim krzyku przed zwiędnięciem, także jesienią, gdy inne kwiaty już dawno zaczęły gubić ostatnie płatki, także zimą, gdy obok tego jednego, jedynego, nie było już nic więcej. I odwiedzała go codziennie. Mimo bólu w nogach. Mimo bólu w każdej części ciała. Bo musiała podziękować. I musiała docenić wolę życia, wolę walki, wolę zachwycania świata. I jednego dnia nie wyszła już do ogrodu. I tego dnia kwiat zniknął. Tak, jak zniknęła babcia Kato.
A potem, na tym miejscu pojawił się nowy, całkiem mały kwiat...
To historia idealna na ten czas, na chwilę, gdy listopad wchodzi w bramy świata. Na ten czas, gdy przywołuje się osoby, których już nie ma. Czasem wystawia się im mleko z czekoladowymi ciasteczkami u drzwi, czasem zapala lampkę na grobie, a czasem tylko wyciąga się stare fotografie. To książka, którą można czytać także od tyłu, od tego momentu, gdy pojawiła się prawniczka – w pięknym ogrodzie nigdy nie poznanej prababci Kato. Usłyszała historię wdzięcznego kwiatu. I zachowała ją w sercu i na papierze. I opowiedziała od początku. Krok po kroku. Bo to książka o tym, jak czas rozciąga się między ludźmi – jak łączy niewidzialnymi dłońmi – prababcię Kato, poprzez babcię, mamę Hajnalkę, aż po wnuczkę Saroltę. I można wstawić w te twarze swoją własną i kogoś ukochanego, kogo już nie ma, a kto też tak pięknie umiałby zachwycać się plastikowym kwiatem. I dać mu życie.







[Namas to w sanskrycie „pełne szacunku pozdrowienie” - gorące namas dla wydawnictwa, za paczuszkę z książeczkami]

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Dziękuję za słowa do prywatnej kolekcji...