Duża (marpil) i Mała (Majka) w świecie, gdzie nawet literatura jest piękniejsza...

środa, 12 lutego 2014

160.NASZ CHORY CIERPLIWY

 MARKUS OSTERWALDER
„BOBO. HISTORYJKI OBRAZKOWE DLA NAJMŁODSZYCH DZIECI”
HOKUS-POKUS, WARSZAWA 2010
„BOBO POZNAJE ŚWIAT”
HOKUS-POKUS, WARSZAWA 2013
(TŁ. MARIA BORZĘCKA)
ILUSTROWAŁ MARKUS OSTERWALDER

Dziś Światowy Dzień Chorych (dla mnie wciąż jeszcze 11 lutego, bo spać jeszcze nie poszłam, dnia nie zakończyłam). A naszym chorym, którego trzeba uczcić niewątpliwie, jest Bobo. Już kilka razy zapadał w Naszym domu na grypę. Kilka razy witał go doktor i kilka razy dostawał czopek.




Bo Bobo już taki jest, że najmłodsze dzieci zaprzyjaźniają się z nim równie łatwo, co z ulubionym misiem, czy kolegą w piaskownicy. Bobo jest koszatką (jak w ogóle wygląda koszatka???), ale jest też małym chłopcem. I dzień mu się dni jak małemu chłopcu – bawi się, robi z mamą zakupy, czasem idzie do zoo, a czasem na plac zabaw. I gdy tata siada w ulubionym fotelu i chwyta gazetę, to Bobo koniecznie chce się pobawić – nie ma zmiłuj i nie ma taryfy ulgowej! Jest Bobo, a Bobo ma dwa lata i potrzebuje być w centrum uwagi, w źrenicy oka swoich rodziców i w pępku świata. Więc tata odkłada gazetę, tęsknie spoglądając w jej stronę i czyta swojemu małemu chłopcu. Czyta mu dużo. Albo pomaga rozbierać lalkę, albo pozwala jeździć na swoim brzuchu. Tata modelowy, ale tata sprzed lat 30tu (pierwsze wydanie Bobo to 1984). I o tyle sprzed-wieczny, że na tle mamy, która gotuje, prasuje, robi obiad, trzyma dyscyplinę i sprząta.
Ale podoba mi się, że celebrują czas spędzony z Bobo, że robią zdjęcia i gdy wybierają się całą rodziną do zoo, to tata ubiera garnitur, żeby wyróżnić ten dzień, nadać mu rumieńców, podrasować.
W ogóle podoba mi się Bobo. Gdy zaczyna mi się podobać trochę mniej, bo odwiedza nas zbyt często, to kładkę książkę na ciut wyższej półce. Ale z chęcią ściągam ją na niziny Majkowe. To łatwa lektura, obrazki w dwóch kolorach (to ciekawe, że nie czarny i biały, tylko pomarańczowy i granatowy) same tę książkę opowiadają. Kilka zdań to tylko dodatek, to coś, od czego można wyjść, opowiadając dziecku o Bobo, to frazy, które stanowią zaledwie fundament – można tworzyć strzeliste wieże historyjek na nich. Albo niskie domki rymów.








A dziś przyszła do nas paczuszka z książkami. Otworzyłam, Majka zaglądała mi przez ramię i pośród stosu innych wypatrzyła niepozorną okładkę, koszatkę unoszącą dłoń - „Bobo!” - wykrzyknęła, wyszarpnęła tomik z kartonu, usadowiła się na moich kolanach – to znaczy czytaj! Zadziwiła mnie, bo Bobo, owszem, przez kilka (-naście) wieczorów był jej ulubionym bohaterem, ale na okładce numer dwa wygląda nieco inaczej. A ona poznała mimo to – niesamowita jest dziecięca spostrzegawczość i zdolność faktów kojarzenia! Dopiero zaczęłyśmy, więc Bobo 2 jest jeszcze dla mnie zagadką. To, co rzuca się w oczy, to trochę inna szata graficzna, więcej kolorów, bardziej opływowe kształty. I w tym wszystkim mama Bobo zeszczuplała. I Bobo urósł – sam już wstaje z łóżeczka i nie zasypia na koniec każdego rozdziału. I tylko mam nadzieję, że nauczył się już czytać, bo Tata już tego nie robi...



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Dziękuję za słowa do prywatnej kolekcji...