Duża (marpil) i Mała (Majka) w świecie, gdzie nawet literatura jest piękniejsza...

środa, 11 grudnia 2013

135. BEZ UŚMIECHU

JAN WRIGHT
„THE LONELY MATADOR”
(TŁ.ZUZANNA NECZYŃSKA)
CENTRALA -MĄDRE KOMIKSY, POZNAŃ 2013

[Centrala – bo komiksy nie muszą być głupie!]

Wczoraj w Czwórce słuchałam audycji o tym kogo/co wskrzesilibyście, gdyby była taka możliwość?
A gdyby troszkę pytanie zmodyfikować – brzmiałoby ono – co by było, gdyby nie umarł? I tu prostą drogą dochodzimy do „Matadora”.
Tytułowy matador to Juan Belmonte – podobno jeden z największych matadorów wszech czasów. Podobno miał zniekształcone nogi. I podobno pokonał ich krzywiznę i wypracował taki styl, żeby mu nie przeszkadzały w walce z bykami. I podobno to dość widowiskowa metoda bo rogi byka mijają ciało człowieka na milimetry. I podobno z tej swojej metody oprócz zwycięstw czerpał też wszystkie te cukiereczki i ciasteczka, które wiążą się ze sławą – wino, kobiety, śpiew... I podobno gdy lekarz zalecił mu zmianę stylu życia, strzelił sobie w głowę.


Piszę podobno, bo jestem zdecydowaną przeciwniczką corridy. Bo jestem po stronie byków. Bo odwracam wzrok. Nie mniej jednak „Matadora” obejrzałam (tekstu tu tylko ciutkę, ociupinkę). Bo to ciekawy eksperyment, coś jak „co by było gdyby...”.
Belmonte nie umiera.
Jest tylko na emeryturze.
W pokoju obwieszonym plakatami, medalami, pucharami, porusza się już z zamkniętymi oczami. Sam. Jedynie z psem, któremu przymocował do głowy bycze rogi. Co rano po kąpieli ubiera się w strój matadora i w nim spaceruje od świtu do schyłku dnia. Po drodze czasem wstąpi na siłownię, ze skrzynki wyjmuje reklamę domu spokojnej starości, a wieczorami zasypia przez telewizorem.
I raz jeden porywa się na wielki czyn – w świetle swojej sławy, która rozbłyska już tylko w jego pokoju, ale tak słabo jak z maleńkiej latareczki, dokonuje czegoś wielkiego. Tylko to wielkie jest trochę śmieszne. To wielkie to chyba taki akt desperacji, to takie udowadnianie sobie, że nic się nie zmieniło,mimo że z lustra patrzy już inna, starsza twarz. Może nawet nikt tego „wielkiego” nie zauważy, tylko sam Belmonte z okien swojego pokoju...
Udowadnia sobie samemu. I żałosne to udowodnienie.
To komiks zdecydowanie nie dla Dzieci – jest przepełniony bólem, rozczarowaniem, nudą i tęsknotą za czymś, co minęło i nigdy nie wróci. To nie uczucia, którymi chcemy otulać Dzieci do snu. To te uczucia, jakie, mamy nadzieję, ominą tych, których kochamy, jakie, mamy nadzieję, ominą Nasze Dzieci, gdy będą dorastać. To te uczucia, które chcemy ukrywać i o których, cyt, cyt, milczymy, jak zaklęci. Bo to uczucia ze „złego świat dorosłych”, z miejsca, do którego Dzieci ze swej dziecięcości tęsknią, a którego dorośli chcą im jak najdłużej oszczędzić. I nie pokazują drogi.
Mam takie przeświadczenie, że Jay Wright w pewien sposób potwierdza, że decyzja Belmonte o samobójstwie była słuszna. To takie myślenie „gdy nie mogę być tym kim chcę, lepiej, żeby nie było mnie w ogóle...”.
Po części taka postawa jest spektakularna – pasja, jaką ma w sobie Belmonte żarzy się wielkim ogniem, zagarnia cały świat, pali wszystko na swojej drodze. To wielka odwaga, żeby tak się w czymś zatracać, nie patrząc na konsekwencje. Ale dla mnie tak naprawdę to też postawa tchórza, który nawet nie chce spróbować żyć w innych warunkach, nie chce brać udziału w survivalu, jakim jest życie. Nie chce unurzać stóp w codzienności, zdjąć pięknego stroju i rogów z głowy swojego psa. Nie chce być zwykły.
I w moim odczuciu Wright potwierdza tezę, że życie Belmonte bez blichtru, przepychu i byczej krwi nie ma sensu – na żadnej planszy Juan się nie uśmiecha... A jeśli nie ma uśmiechu nie ma tak naprawdę życia...






A komiks do kupienia w autoryzowanym sklepie Centrali PictureBook.pl



[Dziękujemy Centrali, że uznała nas za mądrą mamę i córkę i podzieliła się swoim centrum świata]

4 komentarze:

  1. Wszystko cudownie, ale cena tego komiksu jest chyba niedostosowana do możliwości przeciętnego czytelnika. Chyba że chodziło wyłącznie o kolportaż wśród wąskiego kręgu osób, to przepraszam.
    A przecena w firmowym sklepie o ponad połowę budzi mój sprzeciw. Ok, miło że można kupić taniej, ale co ja mam w takiej sytuacji myśleć o cenie wyjściowej i jej składowych? Bo rozumiem, że także przy przecenie ktoś na tym zarabia, prawda? Wrr! (i nie bierz tego warczenia do siebie:))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No niestety mądre, pięknie wydane komiksy są strasznie drogie! Pewnie to kwestia wydań właśnie, tego, ze przygotowuje się je inaczej, niż książki "tylko pisane", że (kolokwialnie rzecz ujmując) więcej atramentu idzie ;-) W "Matadorze" są różne w środku cuda - typu pergamin, gdy Belomnte śni i trzeba to pokazać, albo koperta z jego fotografiami, albo plakacik... Takie "Szmery bajery" podnoszą cenę książki. Tak jak w przypadku cudnego komiksu o Hildzie - w drugim tomie na przykład brokacik jest na grzbiecie książki - a żeby brokacikiem sypnąć, ktoś kasą musi sypnąć... A piękniej jest niewątpliwie...
      A co do przecen - gdzieś ostatnio czytałam, że wydawnictwa narzucają czasem wyższą cenę okładkową po to, by potem móc zaproponować rabat... Czy tak jest - nie wiem, ale na pewno COŚ w tym jest...
      Pozostaje mi życzyć na święta ALBO grubego portfela, ALBO niskich cen :-(

      Usuń

Dziękuję za słowa do prywatnej kolekcji...