Duża (marpil) i Mała (Majka) w świecie, gdzie nawet literatura jest piękniejsza...

poniedziałek, 8 października 2018

548. TOGETHER FOREVER


MARIA PARR
„BRAMKARKA I MORZE. BURZA W ZATOCE PĘKATEJ MATYLDY”
(TŁ. ANETA W. HALDORSEN)
DWIE SIOSTRY, WARSZAWA 2018
ILUSTROWAŁA HELEEN BRULOT

„- Co to było? - zapytał mój starszy brat Magnus.
- Albo jakiś kataklizm – odpowiedziała mama – albo Lena Lid wróciła z wakacji.
To nie był kataklizm” [s.9]
Kto poznał Lenę i Kręciołka już wcześniej, ten absolutnie na pewno czekał na wieści z Pękatej Matyldy.
No to są – ona i on, para najlepszych przyjaciół, która mogłaby ilustrować powiedzenie „przeciwieństwa się przyciągają”: wygadana, odważna, szalona, wybuchowa, bezkompromisowa Lena i jej sąsiad Kręciołek – cichy, rozsądny, układny, spolegliwy i nie rzucający się w oczy.
Lena wróciła z wakacji na Krecie, gdzie była ze swoją mamą i z jej chłopakiem Izaakiem. Zrobiła się jakaś inna – jest opalona, ma warkoczyki we włosach, bez przerwy gada o swojej podróży: jak było gorąco, jak płynęła motorówką, jak kąpała się w ciepłym morzu, jak codziennie na obiad jadła chipsy… Ale Kręciołek już nie może wytrzymać i przerywa ten monolog o bezpańskim psie ze wścieklizną i naleśnikach na śniadanie, bo ma Lenie coś bardzo, bardzo ważnego do powiedzenia.
„Skoczyłem z najwyższego miejsca na molo!” - oznajmia. A że Lena nie bardzo w to wierzy, to Kręciołek musi jej udowodnić, że faktycznie, skoczył i umie to zrobić jeszcze raz i jeszcze… Do tej pory mistrzynią skoków w Pękatej Matyldzie była Lena i to się absolutnie nie może zmienić. Więc pofrunęła „w dżinsach bluzie, kurtce, szalu i adidasach. Pluuusk!” [s.14]
I od tego momentu znów wszystko jest jak dawniej – Kręciołek i Lena, Lena i Kręciołek, nierozłączni, jakby klejem sklejeni, najważniejsi dla siebie nawzajem, uzupełniający się, dopełniający, z milionem pomysłów na sekundę (no, wiadomo, że mistrzynią w tych ryzykownych i niebezpiecznych, potocznie zwanych „głupimi” jest Lena…).
Do czasu aż w mieście pojawia się Birgitte – słoneczna dziewczyna. Birgitte wprowadziła się do Pękatej Matyldy z Holandii, ma dużego psa i będzie chodzić z Kręciołkiem i Leną do klasy. On pieje z zachwytu. Lena posępnieje. Kręciołek ćwiczy swój angielski, bo Birgitte nie jest najlepsza z norweskiego. Lena spuszcza głowę, bo angielski nie bardzo jej idzie. Kręciołek zaprasza Birgitte do budowania razem z nimi tratwy. Lena jest wściekła, bo tratwa to była ich tajemnica – jej i Kręciołka, a nie jakiejś głupiej, słonecznej dziewczyny!
Kręciołek działa trochę jak zahipnotyzowany – czyżby Birgitte rzuciła na niego jakiś czar?
W Pękatej Matyldzie wszystko się zmienia…
Co gorsza do drużyny piłki nożnej, w której gra Lena, przychodzi nowy trener. Gdy przeczytałam to zdanie, to wstrzymałam oddech, tak się przestraszyłam, że „nowy” nie pozwoli jej grać. Pozwolił. Niby. Ale Lena wcale nie jest szczęśliwa. Okazuje się, że musi trenować dwa razy więcej, tylko dlatego, że jest dziewczyną…Dobrze, że Lena jest przedstawicielką ruchu #girlpower, bo jakby ona nie dała rady, no to kto?! To jedna z tych bohaterek, które zawsze sobie radzą – nawet, gdy muszą zaciskać zęby i po każdym treningu wystawiać kolana do opatrunku.
A to wszystko jeszcze nie koniec. Bo jest jeszcze dziadek Kręciołka – wciąż jeszcze samodzielnie wypływający w morze na połów, ale już coraz starszy, mający coraz mniej siły i… nagle trochę jakby mniej ważny dla Keciołka… Birgitte przysłania sobą cały świat.
Dlaczego pierwsze miłości nie mogą być prostsze? Dlaczego to nie mogą być tylko ćwierkające ptaszki, unoszące się w powietrzu serduszka i smak truskawek na języku? Dlaczego zakochany pierwszy raz w życiu chłopiec może stać się nagle takim egoistą? I to tak naprawdę wbrew swojej woli? Tak jak poprzednio, ta książka jest lekka, zabawna, ale tylko na wierzchu. Bo w środku jest tyle uczuć, tyle ważnych spraw, parzy i zamraża jednocześnie!
Maria Parr ma tę niesamowitą zdolność wywoływania skrajnych emocji. Czytając stronę 117 się śmieję, a na 118 już mam mokro w oczodołach i nawet pociągam nosem. Kolejny raz zmieściła w jednej książce wzruszenie, refleksję, humor, ciekawość i przygodę. Tym razem oprócz przyjaźni i miłości rodzicielskiej jest jeszcze pierwsze zakochanie, zazdrość, determinacja, przemijanie, odchodzenie, żal, menopauza (sic!) i ciąża (naprawdę!)… Przepięknie pokazała trudną relację między dorastającym chłopcem a dziadkiem, który kiedyś był bohaterem, a nagle staje się trochę jak mebel, który trzeba ominąć, żeby dojść do celu (och, jak ryczałam przy tym wątku, jak ryczałam!). Świetnie pokazała relację chłopak przyjaciel i dziewczyna przyjaciel i kogoś, kto wchodzi nieświadomie w tę relację i sprawia, że „together forever” staje pod znakiem zapytania. W ogóle doskonale pokazała, że nic nie jest „na zawsze” i że o wszystko, co chciałoby się takim widzieć, trzeba nieustannie dbać. Kręciołek wychodzi z cienia Leny, zyskuję trochę swojego głosu, ale tymi nowymi częstotliwościami zagłusza wszystkie te, które dotąd były ważne. Wybaczam mu, pomna moich własnych pierwszych miłości. Ale jako starsza i bardziej doświadczona, miałam ochotę krzyczeć do niego, żeby czasem rozejrzał się dookoła. OK, no dobra, przyznaję się, trochę nawet krzyczałam, ale czy to nie jest właśnie wyznacznik dobrej, świetnie napisanej książki? Że się gada z bohaterami, a czasem nawet krzyczy między okładki „Nie rób tego!!!!”. No jest.
Czyli ustalmy to, po raz drugi, Maria Parr pisze naprawdę dobre książki.
I już znów mi tęskno do Pękatej Matyldy i chciałabym wiedzieć, jak to teraz tam u nich będzie…




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Dziękuję za słowa do prywatnej kolekcji...