Duża (marpil) i Mała (Majka) w świecie, gdzie nawet literatura jest piękniejsza...

piątek, 7 lipca 2017

428.TROCHĘ TAK, TROCHĘ NIE

 GABRIELA MISTRAL
„KOPCIUSZEK”
(TŁ. KRYSTYNA RODOWSKA)
NASZA KSIĘGARNIA, WARSZAWA 2017
ILUSTROWAŁA BERNADITA OJEDA

GABRIELA MISTRAL
„KRÓLEWNA ŚNIEŻKA U KRASNOLUDKÓW”
(TŁ. KRYSTYNA RODOWSKA)
NASZA KSIĘGARNIA, WARSZAWA 2017
ILUSTROWAŁ CARLES BALLESTEROS

Na naszych półkach stoi kolka tomów z baśniami. Są wśród nich te najpopularniejsze – Kopciuszek, Królewna Śnieżka, Czerwony Kapturek, Śpiąca królewna. Są w różnych zestawieniach, w różnych formatach, z różnymi ilustracjami, każdy z autorów/adaptatorów opowiada je swoimi słowami. Czasem te słowa się rymują, czasem są staromodne i nieczytelne, czasem zbyt współczesne, jak na długie suknie, krynoliny i zaczarowane dynie. Ale w przypadku interpretacji Gabrieli Mistral kolejny raz zafascynowana jestem możliwościami, polem do podpisu, traktowaniem tekstu baśni, jak inspiracji, jak szkieletu, który oblecze się własnym ze słów ciałem.
Pomna sytuacji, gdy czytałam na głos „Czerwonego Kapturka”, teraz od razu przeczytałam te książki sobie. I raz się zachwyciłam, a raz nie.
Mam dwie wiadomości – dobrą i złą, którą chcesz najpierw?
Ja zawsze wybieram najpierw złą, żeby już mieć z głowy…
Tekst „Kopciuszka” nie podobał mi się wcale. Otworzyłam książkę, pożarłam pierwsze litery i co? Zaczęłam się zastanawiać, czy podczas czytania nie skleiły mi się przypadkiem kartki i nie ominęłam kilku pierwszych. Bo zaczyna się od razu – bach! - i Kopciuszek siedzi, umazany w sadzy, z nadpalonymi rzęsami, myje posadzki i gotuje. A kto zacz, ten Kopciuszek? A gdzie szczęśliwe chwile, gdy wychowywała ja kochająca mama? A gdzie tata, który został wdowcem i poślubił złą macochę, która do ich domu sprowadziła się z dwoma wrednymi córkami? Nie ma, jest tylko w domyśle, w nawiasie, w pamięci – przecież wszyscy wiedzą, że tak właśnie było, to po co się powtarzać? Dość powiedzieć, że Kopciuszek jest sam i musi pracować ponad siły, bo „macocha tylko miłuje dwoje dwie córki rodzone”… Można się tylko domyślać tych okropieństw, jakie musiał przejść dotychczas… Dalej jest mniej więcej tak samo – bal, szukanie żony, matka chrzestna, która jest wróżką, karoca z dyni, pantofelek i za duże stopy wszystkich innych dziewcząt we wsi. No i happy end, wyrażony w sześciu linijkach, tuż po tym, jak Kopciuszek przymierzył swój własny bucik, a ten pasował jak ulał. Oj, niezadowolone będą dziewczynki, które chciałyby poczytać o weselnej sukni Kopciuszka, o makijażu, fryzurze i kolorze paznokci! No nie chwycił mnie za serce ten Kopciuszek! Kanciasty, toporny, źle mi się czytało polskie tłumaczenie – nie płynął ten tekst, nie mówił się, co chwilę potykałam się o jakieś dziury między słowami i rymami, kanciastość skojarzeń, wystające z tekstu metafory. Tylko kolana obiłam! Dobrze, że choć ilustracje są śliczne – tak, to dobre słowo – typowo bajkowe, od razu widać na nich kto jest dobry, a kto zły, komu trzeba kibicować, a komu nie. Mistral za bardzo ten tekst naszpikowała sobą – niezjadliwy był dla mnie, nie zrozumiałam zamysłu...




A potem jest ta dobra wiadomość, która cukrzy tę złą. Śnieżka!
Paradoksalnie to, co było jedną ze słabości „Kopciuszka” - wyrywkowość tekstu, jego naderwanie i poszarpanie, odrzucenie tony liter, które moim zdaniem miały znaczenie – stało się dla mnie najważniejszym atutem w przypadku „Królewny Śnieżki u krasnoludków”. To wielka niespodzianka, zaskoczenie, ale na wielki plus, na uśmiech od ucha do ucha. Kluczowym słóweczkiem w tytule jest „u” - bo to faktycznie tylko maleńki fragmencik tej wersji, którą znamy - „lustereczko powiedz przecie”, zła macocha, wygnanie, domek krasnoludków, jabłko, sen, a potem królewicz, pocałunek i ślub. Nie ma żadnego królewicza, żadnego ślubu, żadnego pocałunku! Jest królewna, owszem, Śnieżka, owszem myśliwy, który chce ją zabić, ale w ostatniej chwili puszcza ją wolno, jest ucieczka przez las i mała chatka. A w tej chatce – siedem nakryć do stołu, siedem krzesełek, siedem łóżeczek. Śnieżka musi odpocząć, więc odpoczywa u krasnoludków, rozgaszczając się niczym Złotowłosa, podczas ich nieobecności. Ale gdy już wracają, gdy już wypowiadają te wszystkie „ktoś pił z mojego kubeczka”/”ktoś spał w moim łóżeczku”, wzruszają się losem Śnieżki i pozwalają jej zostać ze sobą. I jest muzyka, kołysanka i zapewnienie, że będą stać na straży i że Śnieżce nic więcej złego się nie przydarzy. I to już, szczęśliwy THE END. Dla mnie to jedna z piękniejszych wersji tej bajki. Feministki się ucieszą, bo Śnieżka nie musi całować żadnego faceta, żeby zapewnić sobie godziwą przyszłość, a na utrzymanie zapracuje własnymi rękoma (będzie pomagać krasnoludkom w ich codziennym znoju, gotować będzie na przykład). To taka ładna historia o małych ludzikach, którzy zamieszkują las, mają poukładane życie, nagle w to życie ktoś się wdziera, ale oni, otwarci, mili, czuli na los innych, postanawiają poukładać je sobie na nowo, z miejscem na Śnieżkę. Kończy się niestandardowo, jak na opowieść o Śnieżce, ale jakże szczęśliwie – planem na nowe życie i śliczną kołysanką, która chroni i zaklina rzeczywistość. Bardzo, bardzo przypadła mi do gustu. No i ilustracje – znów niesamowite! Niesamowite razy siedem, jak siedem jest łóżeczek, kaftaników, lamp naftowych czy kubeczków z parującą kawą!!!






Zatem „Królewnę Śnieżkę u krasnoludków” kupuję w całości: będę czytać i oglądać, „Kopciuszka” tylko trochę – zostaje oglądanie ilustracji.  

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Dziękuję za słowa do prywatnej kolekcji...