Duża (marpil) i Mała (Majka) w świecie, gdzie nawet literatura jest piękniejsza...

czwartek, 17 listopada 2016

364. FOLLOW YOUR DREAMS

Mówią „podążaj za marzeniami”, bo „kto nie ma odwagi do marzeń, nie będzie miał siły do walki” (André Malraux). Mówią, że bez marzeń nie ma życia. Albo jest, ale szare, zwykłe, oklepane. Bez marzeń nie dąży się do niczego, bez marzeń rzeczywistość jest zastała, bez marzeń wleczemy się przez rzeczywistość, zamiast biec, pędzić, latać!

GWENDAL LE BEC
„KRÓL PTAKÓW”
(TŁ. IWONA BATURO)
DRAGON, BIELSKO-BIAŁA 2016
ILUSTROWAŁ AUTOR

Jeśli mowa o lataniu… Można na przykład marzyć o byciu królem ptaków. Podobno kiedyś, dawno, dawno temu, z zupełnie nieznanych przyczyn, w niewyjaśnionych okolicznościach, ptaki postanowiły wybrać spośród siebie króla. W szranki stanęło wszystko, co lata i nie lata, co ma dzioby i pazury, wszystko, co skrywa się pod hasłem „ptak”. Nie wiadomo kto wymyślił, że zwycięzcą zostanie ten, kto doleci najbliżej słońca. Eliminowało to na starcie nieloty, dawało fory kilku większym, cięższym drapieżnikom… Ale jak uradzono, tak uradzono i nie było sposobu, by zmienić zasady – choć kuraki, pingwiny, strusie i kiwi protestowały zawzięcie. Każdy z ptaków inaczej przygotowywał się do czekającego lotu – jedne ćwiczyły, inne się pożywiały, niektóre liczyły na łut szczęścia. Jeden mały ptaszek, o nazwie, której nawet najstarszy bajarz nie pamięta, chciał odpocząć przed czekającym je wyzwaniem i traf chciał, że sfrunął pomiędzy miękkie pióra orła przedniego – i tam zasnął. Nie wiem, czy domyślacie się zakończenia historii. Nie podobała mi się! Nie zrozumiałam, dlaczego można sięgać gwiazd, posiłkując się czyimiś osiągnięciami. Zła byłam na morał, zła na niesprawiedliwość konkursu, zła, że szanse nierówne… Ale w życiu tak jest, nie ma idealnych warunków do spełniania marzeń – są wyboje, nierówności, źli ludzie po drodze – trzeba czasem kierować się sprytem w miejsce uczciwości, choć wzdrygam się przed tym i marszczę czoło… Tę historię opowiedział autorowi tata, a tacie jego tata. Ta historia ma wartość, jeśli uczynić ją darem ojca dla syna, jeśli wziąć pod uwagę jej ciche nocne opowiadanie w zaspane ucho, jeśli docenić chęć wytłumaczenia świata - to bowiem bajka o tym, skąd wzięła się nazwa „mysikrólik” (jedno z wytłumaczeń jest takie, że ma na głowie żółty pasek, przypominający koronę). Ale odkładam na bok treść, odkładam na bok sentymenty, zakopuję etymologię i znaczenia. Ja zachwycam się formą tej książki. Coś pięknego! Niesamowite ilustracje!!! Patrzę na nie i słyszę ten ptasi tumult, to gadanie, ćwierkanie, głoszenie, ten rejwach… Pod palcami wyczuwam pióra. Ptaków są tam tysiące, miliony i ciężko przejść między nimi! To ogrom kolorów, faktur, wzorów, mimo że użyta została tylko czerń, biel i pomarańcz. Działa na zmysły delikatna, poszarpana kreska. Dbałość o szczegóły sprawia, że można rozróżnić poszczególne ptaki, że widać kto bocian, a kto dudek. Tak właśnie często spędzamy nad nią czas – tropiąc znane nam gatunki, zastanawiając się nad tymi niewiadomymi. Zapominam o niedociągnięciach, o złości na treść i wydźwięk, wchodzę pomiędzy dzioby i pazury, wydaje mi się, że sama mam skrzydła – lecę…







ETSUKO WATANABE
„CZAJNICZEK”
(TŁ. IWONA BATURO)
DRAGON, BIELSKO-BIAŁA 2016
ILUSTROWAŁA AUTORKA


Ale marzenia mogą być całkiem przyziemne… Ot, taki sobie czajniczek do herbaty. Niby zwykła rzecz, przedmiot, nad którym nie warto się pochylać. Kilka monet i w drogę – nic ekscytującego… Pewnie tak właśnie myślała mama Bianki. „Jesteś już duża, możesz sama pójść na zakupy” - mówi. I zleca zakup czajniczka do herbaty, wkładając w małą rączkę kilka monet. A Biance serce bije sto razy szybciej, jest dumna i szczęśliwa, że powierzono jej takie zadanie. Wyrusza w drogę. Czy wie, co jest za znajomym pagórkiem? Czy sądzi, że to tylko zwykła, choć pierwsza, wyprawa po zakupy? Czy może już przeczuwa, że czeka ją spływ liściem po rzece, odwiedziny u ptaków, audiencja u żabiego króla czy spotkanie z robotem i jazda nakręcanym czerwonym samochodem? To historia tyleż szalona, co urocza! I uroczo zilustrowana, pełna kolorów, szczegółów, czajniczków… Dzieje się tu, oj dzieje! Labirynty, podziemne korytarze, olbrzymy i duchy! A to wszystko na głowie małej dziewczynki, która pierwszy raz wyszła sama po zakupy. Może to dlatego? Może widzi świat inaczej, bo właśnie tak chce go widzieć? Czy to była zwykła droga do sklepu – tam i z powrotem, bez żadnych zapowietrzeń z zachwytu? Czy Bianka wymyśliła sobie ten świat równoległy, żeby droga jej się nie dłużyła? Czy taka bardzo podekscytowana swoją misją, zanurzyła się w świecie marzeń i snów? Nie do końca wiadomo. Można tę historię czytać na wiele sposobów, w zależności od humoru i podatności na imaginacje. Ale dla mnie to opowieść o tym, jak można pięknie marzyć o przygodzie. I o tym, że jak przygoda nie chce przyjść do marzącego, to ten, kto marzy, sięgnie sobie po nią sam. O tym, że czasem marzeniom trzeba pomóc (na najdziwniejsze sposoby). I o szukaniu cudu w codzienności. Nie trzeba przecież marzyć o byciu królem, wystarczy niby zwyczajne, a piękne marzenie o czajniczku do herbaty...








3 komentarze:

  1. zaintrygowałaś mnie tymi ptakami :) początkowo myślałam, że to wydanie Dwóch Sióstr (Złota klatka)... a co do morału... hmm... pewnie o przewrotność losu chodzi... ale jestem ciekawa, jak Twoja córa zareagowała na zakończenie :) pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  2. Małgosia - Majce zupełnie to nie przeszkadzało, więc może się czepiam????

    OdpowiedzUsuń
  3. Moim dzieciom też morał nie przeszkadzał, myślę że dla dzieci nierówność szans jest czymś oczywistym, choć nie znaczy to wcale, że trzeba się na tę nierówność godzić (np.starsze dziecko zwykle szybciej sięgnie do ciasteczko na szafie, bo jest po prostu wyższe, ale młodsze też zwykle jakoś próbuje sobie radzić;)

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za słowa do prywatnej kolekcji...