Duża (marpil) i Mała (Majka) w świecie, gdzie nawet literatura jest piękniejsza...

wtorek, 15 listopada 2016

363. DO SAMEJ WYKLEJKI!



SCENARIUSZ I RYSUNKI KAROL „KAEREL” KALINOWSKI
„KOŚCISKO”
KULTURA GNIEWU, WARSZAWA 2016
SERIA: KTÓRKIE GATKI

Poszły sobie gdzieś moje słowa, wołam je usilnie, „Do nogi!” - krzyczę na całe gardło, a one z podkulonymi ogonami, chowają się gdzieś po kątach. Wtedy, gdy tak potrzebne! Ale też nie dziwota. Bo o tym komiksie nie da się powiedzieć tak po prostu. Toteż moje słowa mogą być onieśmielone nieco, może nawet niegodne… Po głowie, kołacze mi się zdanie, przeczytane w wywiadzie z Szymonem Holcmanem, że „Kościsko” to „najbardziej oczekiwany polski komiks roku” (słówko „możliwe”, sugerujące pewną taką nieśmiałość, skreślam i wymazuję, jestem przekonana, że najbardziej!). Najbardziej oczekiwany pewnie przede wszystkim dlatego, że Karol Kalinowski kazał czekać na niego 7 lat! Według teorii psychologicznych o związkach, ludzkim rozwoju i takich tam, człowiek zmienia się co siedem lat. Wydawałoby się więc, że „Kościsko” napisał inny KaeReL niż „Łaumę”. Ja jednak przychylam się do stwierdzenia, że to ten sam KaeReL, ale po prostu KaeReL dojrzalszy, KaeReL czytający, dokształcający się, poszukujący, zagrzebany w archiwach bibliotecznych, KaeReL mądry, bo nie piszący/nie rysujący, gdy nie ma nic do powiedzenia. „Łaumę” czuć w powietrzu „Kościska” bardzo mocno ( na gościnnych występach pojawia się tu nawet na chwilę Dorotka). To podobny klimat, przesycony magią, sięgający do słowiańskich mitów, do rodzimych wierzeń, do swojskich strachów. Nie musimy zachwycać się „obcym”, mamy całkiem zgrabny własny zasób strzyg, upiorów i widziadeł. Przewodzi im Leszy. Zasnęło mu się co prawda, na jakieś sto lat, ale teraz się budzi. Bo źle się dzieje w państwie… polskim. Wydawałoby się, że wszystko gra. Małe, senne miasteczko. Z dala od cywilizacji. Z dala od ruchu aut, czerwonych świateł, korków i spalin. Kilka ulic, restauracja Karmnik, biblioteka i pokój do wynajęcia. Kościsko. W tę ospałą, powolną, ociężałą i zastałą rzeczywistość wkraczają Karol, samotny ojciec i jego syn Max. Wkraczają bez przeszłości, zostawiają ją na granicy Kościska i reszty świata. Chcą odpocząć, ułożyć sobie życie, może zapomnieć. Nie wiem, czy zadomowić, ale na pewno zaprzyjaźnić. Nie zawsze jest to proste, bo mieszkańcy Kościska nie są zwykłymi, powolnymi, ospałymi mieszkańcami małego miasteczka. Niby nie widać tego na pierwszy rzut oka. Albo po prostu Karol i Max są tak spragnieni chwili przerwy w wędrówce, że nie zwracają na to uwagi. Na przykład na dziwny wygląd niektórych sąsiadów – ja owszem, bo zakochana w kresce Kalinowskiego, chcę wyłapywać najmniejszy niuans, najmniejszy ślad ogona, skrzydła, czy rogu… Są zdeterminowani – czyż nie tak można nazwać mężczyznę, ubiegającego się o pracę w bibliotece w małym sennym miasteczku, w którym rozmowę kwalifikacyjną przeprowadza mężczyzna w ogromnym blaszanym „czymś” na głowie? Ale Karol zostaje. Zdecydowany, by osiąść właśnie tu. Tak jakby dalej nie było już świata. To musi być Kościko i koniec! Tym bardziej, że w Karmniku pracuje pewna interesująca, czarnowłosa kobieta, tym bardziej, że z jego nosa coraz częściej sączy się stróżka krwi…
Co mówić, co opowiadać, jak zachęcić? Boję się, że wszystko spłaszczę i spłycę! A ten komiks ma tak wiele wymiarów! Jest ważny, pod przykrywką fantastycznej historii niesie przesłanie, mówi o związku człowieka z naturą, o związku z własną przeszłością, o docenianiu duchowości i prastarych mądrości. Brzmi jak „bla, bla, bla”, jak banał, ale uprzedzałam, że nie umiem napisać o „Kościsku” nic, co byłoby godne! Zachwyt mój nie maleje od pierwszego pospiesznego, gorącego, niecierpliwego czytania. Podziwiam KaeReLa za diaboliczny pomysł na fabułę (majstersztyk, powiadam!), za perwersyjny wręcz pomysł na to, co umieścić pod blaszanym „czymś” na głowie dyrektora biblioteki (widzę go oczyma wyobraźni w jakimś mrocznym zakurzonym archiwum własnej biblioteki, śmiejącego się czarcim śmiechem, słyszę w uszach to jego „buahahaha!!!”), za godziny poszukiwań w przepastnej, bogatej i nielicho ciekawej mitologii słowiańskiej i za godziny machania ołówkiem (pewnie czasem aż do bolącego nadgarstka), za porozrzucane po całym komiksie inteligentne odniesienia do malarstwa i innych sztuk wizualnych (spójrzcie tylko na „Śmierć Marata” w „Pokoju Van Gogha w Arles”!), za humor, za to ważne przesłanie (być dzieckiem natury, otworzyć się na niewidzialne, przyjąć do wiadomości rzeczy niemożliwe, oswoić się z nieuniknionym…), za tę niezwykłą twórczą inteligencję, za dialogi, za Leszego, co jedzie autostopem i za dziewczynę, która ogląda telewizję bokiem!

Karol, bibliotekarz, zdradza jednej z czytelniczek pewien bibliotekarski sekret na to, jak poznać czy książka jest dobra: „Dobre książki ludzie czytają do końca. Wystarczy przyjrzeć się, do którego momentu odginano kartki.” „Kościsko” odgięte do samej wyklejki! Nie chcę wydać się niewdzięczna, nie to, żebym nie doceniała, absolutnie nie chcę być niegrzeczna i nie chcę popędzać, ale niech mi będzie wolno wspomnieć, że czekam na więcej – oby nie kolejne siedem lat!














Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Dziękuję za słowa do prywatnej kolekcji...