Duża (marpil) i Mała (Majka) w świecie, gdzie nawet literatura jest piękniejsza...

poniedziałek, 14 listopada 2016

362. TOAST

PIJA LANDENBAUM
„DORIS MA DOŚĆ”
(TŁ. KATARZYNA SKALSKA)
ZAKAMARKI, POZNAŃ 2016
ILUSTROWAŁA AUTORKA

Doris ma dość. Tak zwyczajnie, po prostu, po ludzku. Tego, że Egon ciągle jeździ na jej rowerze. I do tego nie pyta. Nigdy nie pyta. I nigdy nie odstawia roweru na miejsce. Tego, że Doris nie może skończyć dachu, zjazdu, barierki. Że musi ubrać głupią sukienkę, zamiast ulubionego marynarskiego ubranka. Tego, że musi iść na głupie przyjęcie urodzinowe, gdzie starsi jedzą, piją i śmieją się, gdzie stoi osobny stolik dla dzieci i gdzie nawet nie ma urodzinowego prezentu. Tego, że wszyscy grają w Scrabble, podczas gdy ona nawet nie zna literek. Tego, że ktoś śmieje się z krzywo zapiętego swetra. A może ona tak właśnie chce? Może to jest jej sposób noszenia swetra? Może wcale nie chce mieszkać z Egonem. Może nie chce iść na urodziny nawet, jeżeli będzie tam tort? Może po prostu chciałaby robić to, na co ma ochotę – siedzieć, kopać w piasku i dokończyć zjazd, dach i barierkę…? Ucieka. Najzwyczajniej w świecie. Odwraca się na pęcie i idzie. W świat. W szeroki. W daleki. Dziczeje. Zrzuca warstwy układności i poddaństwa. Porzuca robienie wszystkiego pod cudze dyktando. Rosną jej włosy, bo ona sama rośnie w siłę. Staje się sobą. Niekrępowaną, nieograniczoną tym co trzeba, co musi, co wypada, co się powinno. Robi to, na co ma ochotę. Oddycha pełną piersią. Po raz pierwszy w życiu nie musi się podporządkowywać. Ma głos i ma prawo. Decyduje o sobie. To mogą być zupełnie proste decyzje – czy pójść w prawo, czy w lewo, czy się do kogoś odezwać, czy nie, czy zjeść kebab, czy pozostać przy szklance wody, czy pożyczyć komuś swój własny rower, czy nie. I czy ma się ochotę iść na urodziny, czy po prostu kopać w piasku tunele. Doris po raz pierwszy ma prawo do bycia sobą. Jej decyzje nie zawsze są dobre. Bo czasem błędy doprowadzają ją na samo dno wielkiego rowu i wygląda na to, że może nawet zginąć. Ale ona unosi na barkach konsekwencje swoich czynów, wydostaje się z samego dna wielkiego, śmierdzącego rowu.
Ta książka jest tak naprawdę dla rodziców – jak wielka, kolorowa, fantastycznie narysowana notatka - „pamiętaj, że dziecko ma prawo decydować o sobie!”. Trzeba przykleić ją na drzwiach szafy – żeby pozwolić dziecku co rano wybrać kolor rajstop. I na lodówce - „Z czym chcesz dzisiaj chleb na śniadanie?”. Na drzwiach samochodu - „Jedziesz ze mną na zakupy?”. Trzeba siebie wychowywać tak samo, jak wychowujemy dziecko, uczyć się tych samych prawd, a potem wcielać je w życie. To nie tak, że Doris może decydować o wszystkim! To nie tak, że może zostać sama w domu, gdy wszyscy idą na przyjęcie. To tak, że można pozwolić jej iść w za małym marynarskim stroju – od tego nie zawali się świat i tort będzie smakował równie dobrze. To też tak, że trzeba porozmawiać, wyjaśnić, przedstawić swoje zdanie, negocjować i dochodzić do porozumienia. To tak, że zapowiedzieć wcześniej - „ o piątej wychodzimy, pamiętaj, żeby do tego czasu mieć już dach, barierkę i zjazd!”. Trudne jest wychowywanie dziecka. Nie zawsze będzie chciało skończyć na dachu i barierce. Pojawi się drugi budynek i autostrada. Trudne jest wychowywanie samego siebie. Błędy popełniamy i jednym szybkim ruchem burzymy całe miasto. W odwecie, w chęci postawienia na swoim, w przekonaniu, że skoro jesteśmy starsi, to wiemy lepiej, że nasze prawo jest ponad każdym innym prawem. Upomnieć się trzeba, samemu się upomnieć, bo inaczej Doris będzie miała dość. A gniew jej jest wielki. I przede wszystkim strasznie zawstydzający!

Siedzimy u przyjaciół. Spokojna, leniwa niedziela. Popijamy herbatę z cytryną, zagryzamy orzachami. Dzieci bawią się klockami. Cisza. Nagle do pokoju jak burza wpada starsza córka przyjaciół z koleżankami. Wyciągają ręce, garście orzechów wpychają do buzi, zaglądają w garnki, potem biegną do sypialni rodziców, zabierają poduszki i uciekają do swoich zabaw. Oniemiali spoglądamy na zatrzaskujące się za nimi drzwi. Dyskutujemy tym, co można, a czego nie, co szokuje, a co jest normalne. Rozprawiamy o sztafecie pokoleń. O tym, że nasi rodzice byli bici regularnie, my dostawaliśmy klapsy, a dzisiejsze dzieci mają należne miejsce przy stole i prawo głosu. O tym, czy w ten sposób buduje się pewność siebie, czy wręcz przeciwnie. Zestawiamy siebie siedmioletnich z siedmiolatkami, które oddzielone od nas drzwiami, zaśmiewają się z czegoś w głos. Zgodnie stwierdzamy, że świat idzie jednak w dobrą stronę i wznosimy toast herbatą. Za to, że Doris ma dość! Za Doris!









Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Dziękuję za słowa do prywatnej kolekcji...