Duża (marpil) i Mała (Majka) w świecie, gdzie nawet literatura jest piękniejsza...

czwartek, 10 listopada 2016

360.MAM MARZENIE



JOANNA BARTOSIK
„RAZ, DWA, TRZY – SŁYSZYMY”
WIDNOKRĄG, PIASECZNO 2016
ILUSTROWAŁA JOANNA BARTOSIK

JOANNA BARTOSIK
„RAZ, DWA, TRZY – MÓWIMY”
WIDNOKRĄG, PIASECZNO 2016
ILUSTROWAŁA JOANNA BARTOSIK

Pamiętacie jeden? Jabłko w okularach? Patrzenie i kontrastowe kolory? I zapowiedź, że będzie jeszcze dwa i trzy?
No to jest!
W całej krasie, okazałości i pięknie. W całej swojej koncepcyjności. W całej przemyślanej doskonałości. Były oczy, było patrzenie – czas na inne zmysły! Mały czytelnik nie może się lenić! Musi ćwiczyć, wytrwale i bez ustanku! Po oczach – uszy! Dziecięce nasłuchiwanie jest jedyne w swoim rodzaju – uważne, dogłębne, skupione. Dziecko nasłuchuje mocniej i intensywniej od dorosłego. Nasłuchuje globalnie i w pewnym stopniu świadomie. Bo rozróżnia dźwięki, dlatego, że chce je poznać, zidentyfikować, przypisać i włożyć na półeczkę pamięci. Dorosły zrósł się z pewnymi dźwiękami i nie zwraca już na nie uwagi, a na ich piękno – to już w ogóle! A dziecko – chłonie, bo takie są jego narzędzia poznawcze.
Nieprzypadkowo gadamy do dzieci onomatopejami, nieprzypadkowo wymyślamy te wszystkie pieski, co robią „hau” i kotki z „miau” po znaku równości. To oswajanie ze światem, to przybliżanie, to nawet trochę podawanie na tacy. Dziecięcy język nie jest jeszcze zdolny, by wygiąć się tak sprytnie, aby wyszło z tego „samochód” czy dużo prostsze „auto”, ale „brum, brum” jakoś tam się wydostaje z małego otworu gębowego. Albo coś na kształt, na „dogadanie się”. Więc Bartosik zaserwowała książkę, którą można słyszeć, książkę z dźwiękami, książkę – onomatopeję.
Ale nie popada w banały. To nie są słyszenia typowe, znane z każdej innej kolorowej książeczki. To słyszenia z niespodzianką! Deszcz chociażby. Albo dzięcioł, uderzający dziobem w drzewo. Koń przeskakujący przez przeszkodę (nie, nie żeby banalne rżenie). I moje ukochane „gadu gadu gadu...” kobiet robiących wspólnie na drutach. A jak już jest pies – bo jest – to chociaż jedzie na rowerze, żeby było nienudno i zupełnie inaczej.
Wpadamy łatwo w pułapkę nazywania rzeczy „po dźwiękowemu” - tu apel, aby do wyrazów dźwiękonaśladowczych dodać nazwę – maluch powtórzy tylko to, na co pozwala mu aparat mowy, ale koduje od samego początku w swoim systemie operacyjnym o nazwie Mózg. A jeśli wskażemy dodatkowo obraz – pełna konotacja! A obrazki według Bartosik nadają się świetnie! Ładne są! Tak najzwyczajniej w świecie i po prostu! Ale też przemyślane – wszyscy mają oczy, usta, nosy – czy to słonie, czy to ludzie, czy to drzewa. Idzie to w parze z dziecięcą chęcią oswojenia świata poprzez personifikację. To, co ma oczy i uśmiech, na pewno nie zje! Przyjaciel – warto się przywitać i zaznajomić – chyba jakoś tak mniej więcej to działa. I warto się odezwać, powiedzieć jakieś „hau, hau”, które gdzieś się wcześniej zasłyszało.
Na „psy”, „koty” i „auta” czas przychodzi trochę później. Wtedy „mówimy”. I to jest część tej serii już zupełnie szalona, odjechana i absolutnie fantastyczna. Rymy – bo te wpadają w ucho! Obrazki – tak, jak w poprzednich częściach śliczne! Humor, bo tym zjednuje się każdego czytelnika. Majka od razu pokochała pająka, który „przeprasza, że przestrasza” i z upodobaniem woła „pa pa pa pa papugo!”. To na pewno część, do której dzieciaki będą wracać, bo szybko chwycą tekst, wezmą jak swój, włożą do odpowiednich szufladek i zawłaszczą. I będą dumne z tego, że samodzielnie „czytają” książkę. A dodatkowo bezwiednie (jakież to sprytne i przebiegłe!) będą ćwiczyły język, artykulację i słownictwo. Szczwany plan!

Bartosik zgrabnie i pewnie prowadzi nas przez rozwój małego człowieka. Daje pełen zestaw, od samych narodzin, do lat… nie umiem stwierdzić. Czterolatka wciąż jest zainteresowana i ogląda te książki namiętnie. Ja lat mam trochę więcej, umiem co nieco wyartykułować, a też oglądam je z lubością. Więcej – zachwycona jestem tą serią! Nic dziwnego, że projekt został wyróżniony w konkursie TRZY/MAM/KSIĄŻKI organizowanym przez Instytut Książki. Też bym wyróżniła. Śmiem podsunąć komuś u góry pomysł, żeby te książeczki dawać w szpitalach mamom noworodków jako „Pierwszą książkę Twojego dziecka”… ot, takie marzenie...










1 komentarz:

  1. książka na czasie dla mojej Najmłodszej, chyba się skuszę na Święta :))) ona ostatnio (mimo swej wszędobylskiej natury) potrafi zaszyć się gdzieś w kąciku i przeglądać lektury starszego rodzeństwa :)

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za słowa do prywatnej kolekcji...