Duża (marpil) i Mała (Majka) w świecie, gdzie nawet literatura jest piękniejsza...

wtorek, 20 czerwca 2017

423. KSIĄŻKA, KTÓREJ BYĆ NIE POWINNO

MICHAEL ROCHER
„WĘDROWNE PTAKI”
(TŁ. KRYSTYNA BRATKOWSKA)
PRÓSZYŃSKI I S-KA, WARSZAWA 2017
ILUSTROWAŁ AUTOR

Jest połowa kwietnia. W lesie lądują wędrowne ptaki. Łukasz już na nie czeka. Mówi „Witajcie”, chociaż wędrowne ptaki nie rozumieją jego języka. To nie szkodzi – mówią do siebie, każdy po swojemu, trochę się śmieją, bo pewnie te same wyrazy znaczą u jednych i drugich co innego. Ale chleb jedzą wspólnie. Łukasz nie ma dzioba – wędrownym ptakom dzioby wyrosły. To nie są części ich prawdziwego ciała – to efekt przystosowania do wędrownego życia. Trochę pewnie się przydają, a trochę są po to, żeby odróżniać, żeby nikt się nie pomylił. Te ptaki są węd-rown-ne, są tu na chwilę, w gościnie, absolutnie nie na zawsze. One nigdzie nie mają „na zawsze” - teraz są w mieście Łukasza – uczą się tego miejsca, by pobyć tu chwilkę. Łukasz wśród wędrownych ptaków dostrzega Paulinkę – to dziewczynka w jego wieku, z którą uwielbia oglądać gwiazdy. Łukasz jest otwarty – nie przeszkadzają mu dzioby, skrzydła, pióra i szybko uczy się języka ptaków, a to dlatego, żeby mogli wymieniać z Paulinką słowa, nie tylko myśli. Zaprzyjaźnią się z wędrownymi ptakami, nie myśląc o tym, że za kilka chwil będą musiały odlecieć i że znów zostanie sam. Jesień nadchodzi i wędrowne ptaki zbierają się do lotu „NIE WOLNO nam zostać” - słyszy Łukasz. Nie potrafi pogodzić się ze stratą! Musi wymyślić coś, co pozwoli zatrzymać mu nowych przyjaciół w miejscu. Tylko jak, skoro skrzydła już łapią wiatr i pióra furkoczą niecierpliwie…?
Nie powinnam czytać tej książki mojemu Dziecku. Nie powinnam musieć odpowiadać na pytania. To nie powinno dotyczyć dzieci, nie powinno dotyczyć nikogo. Nie powinniśmy musieć ubierać w symbole czegoś, co jest nie do pojęcia – dzielenie się chlebem, doklejane dzioby, mowa ptaków, której nikt nie rozumie, lato, które się kończy… To piękna historia, ale nie powinnam musieć mieć jej na półce z książkami. Michael Rocher nie powinien się silić na przedstawianie dzieciom problemu uchodźców w formie baśni. Owszem, zrobił to po mistrzowsku, owszem, zaczarował mnie tą historią, owszem, jeśli już trzeba mówić z Dziećmi o uchodźcach, problemie braku domu, swojego miejsca, problemie bycia wszędzie obcym i niezrozumianym – to tylko tak…

Ale tej książki w ogóle nie powinno być! Nie powinnam teraz nad nią siedzieć, kartkować jej, rozdarta między zachwytem nad ilustracjami, subtelnością wzruszającej historii, doborem słów, a przerażeniem, że to czyjaś opowieść, że pod przebraniami ptaków kryje się ktoś prawdziwy, że musi uciekać, że wciąż leci, że nieustannie poszukuje ciepłych krajów i nigdy nie wraca w to samo miejsce… I tak, jestem podwójna, trzymając w ręku tę książkę, bo jest piękna, ale oddałabym te przecudne obrazy, tę niesamowitą mądrość małego chłopca z książki, to szczęśliwe przecież zakończenie, w zamian za to, by „Wędrowne ptaki” nigdy nie musiały powstawać. Zaklinam cię - znikaj książko!








Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Dziękuję za słowa do prywatnej kolekcji...