Duża (marpil) i Mała (Majka) w świecie, gdzie nawet literatura jest piękniejsza...

wtorek, 13 czerwca 2017

422. NA SZÓSTE PIĘTRO, PROSZĘ!

ANDREA DE LA BARRE DE NANTEUIL
„HISTORIA MADEMOISELLE OISEAU”
(TŁ. MARIA JASZCZUROWSKA)
WYDAWNICTWO LITERACKIE, KRAKÓW 2017
ILUSTROWAŁA LOVISA BURFITT

Isabella jest szara, nijaka, zwykła, niewidoczna, przezroczysta.
Mademoiselle Oiseau jest kolorowa, szalona, piękna, głośna, odważna, teatralna, rozchichotana, charyzmatyczna, tajemnicza, fascynująca, szumna i nietuzinkowa.
Isabella ma dziewięć lat.
Mademoiselle Oiseau to dorosła kobieta, niektórzy nawet twierdzą, że ma ponad sto lat.
Isabella nosi dżinsy i szorty.
Mademoiselle Oiseau wieczorowe suknie, tiule, woalki, boa, pióra, kapelusze, buty na wysokich obcasach, cekiny, perły, koronki i wypchanego gronostaja.
Isabella mieszka z mamą.
Mademoiselle Oiseau mieszka chyba z setką kotów, ptaków, jeleni, a jej dom nieustannie się zmienia, dobudowuje, przekształca i przeistacza.
Nie powinno ich łączyć absolutnie nic.
Tymczasem, pewnego dnia, Isabella przez przypadek (czy na pewno przez przypadek?), naciska w windzie nie ten guzik, co trzeba. Wjeżdża na ostatnie piętro i staje przed drzwiami Mademoiselle. Jeszcze się nie zorientowała, że to nie jej dom, jeszcze próbuje wsunąć klucz do zamka, ale w końcu spostrzega, że to drzwi dziwnej sąsiadki, która nigdy, przenigdy nie wychodzi z domu. Na zakupy wysyła tylko swoją kotkę Senioritę Czaczacza. Isabella nie zdążyła się wycofać, nie zdążyła zrobić nic, bo Mademoiselle wciąga ją do środka.
„- Bardzo się cieszę, że przyszłaś – powiedziała Mademoiselle Oiseau, jakby znały się z Isabellą przez całe życie.” [s.26]
I tak to się zaczęło! Niezwykła przyjaźń dwóch istot pozornie różnych od siebie, a w głębi duszy zupełnie takich samych – samotnych. Zaczyna się magiczna przygoda zwana przyjaźnią – przygoda, która zmienia człowieka, która pozwala dostrzec mu magię w ścianach zwykłego domu, pływać w basenie, w którym nie można się zamoczyć, pić czekoladę z pianką, a gdy jest smutno, dotknąć guzika z panterą i przypomnieć sobie, że po drugiej stronie miasta jest ktoś, dla kogo jesteśmy ważni!
Wydawać by się mogło, że to Isabella czerpie z Mademoiselle, że wysysa z niej kolory i że nie widać tego tylko dlatego, że Mademoiselle ma ich tak dużo. Że dzięki tej niezwykłej kobiecie jej szare, nijakie, zwykłe, niewidoczne, przezroczyste życie, staje się tym, czym powinno być – przygodą!
To dla mnie książka o magii, ale nie tylko o magii czarodziejskich guzików, rozszerzających się domów i suchych basenów. To dla mnie książka o magii przyjaźni. O tym, że z tej prawdziwej na równi czerpią dwie osoby i że jest bez dna, bez końca, bez pojemności. To piękne, jak Isabella czerpie od Mademoiselle siłę, pewność siebie, jak odrzuca lęk i nijakość. To piękne, jak Medemoiselle ożywa, jak czerpie od Isabelli swoją pewność siebie i siłę. Wydawałoby się, że ma jej tyle, że już więcej nie potrzebuje. Ale moim zdaniem to nieprawda… gdy zamykają się drzwi Oiseau jest po prostu samotna. Stąd stado kotów, dobrych do głaskania, przynoszenia zamówień z piekarni i rozweselania na chwilę, ale żaden z nich nie jest człowiekiem, nie patrzy na Mademoiselle tak, jak patrzy Isabella, nie jest głodny jej słów, nie słucha opowieści, nie jest na tyle ciekawski, by każdego kolejnego dnia wbiegać na szóste piętro i wchodzić bez pukania… Mademaoiselle czekała na Isabelle, czekała od zawsze, to dla niej, dla prawdziwej przyjaciółki, szykowała czarodziejski dom, strych z dziwnymi manekinami, suknie, perfumy, buty na wysokich obcasach, flamingi nad basenem, boa z piór i ciastka z kremem. Isabella i Oiseau oddały sobie nawzajem to, co miały najcenniejszego i dzięki temu obydwie stały się szczęśliwe – podarowały sobie siebie, swój czas, swoje zaangażowanie i zainteresowanie, troskę i tęsknotę.
Niezwykła historia, pełna szelestu długich sukienek, szczebiotu Mademoiselle, zapachu bagietek i smaku szampana na języku, taka, po czytaniu której masz wrażenie, że we włosach masz brokat, a na policzkach na pewno ze trzy lub cztery przyklejone cekiny...

Nawet, gdybym nie dała się porwać tej historii (choć chyba to niemożliwe), to dałabym się pokroić za ilustracje. Są spektakularne! Rzekłabym nawet, że bez nich nie byłoby Mademoiselle Oiseau! Ale na szczęście taka ewentualność już się nie zdarzy! Oiseau jest i można do niej zajrzeć zawsze wtedy, gdy przez przypadek (czy to na pewno przypadek?), naciśnie się nieprawidłowy guzik w windzie...






Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Dziękuję za słowa do prywatnej kolekcji...