Duża (marpil) i Mała (Majka) w świecie, gdzie nawet literatura jest piękniejsza...

wtorek, 6 czerwca 2017

417. KONSTERNACJA RODZICA

EVA LINDSTRÖM
MÓJ PRZYJACIEL STEFAN”
(TŁ. MARTA WALLIN)
ZAKAMARKI, POZNAŃ 2017
ILUSTROWAŁA AUTORKA

Od zawsze fascynował mnie realizm magiczny. W bardzo dużym skrócie i w jeszcze większym uproszczeniu – to przenikanie się realizmu z magią, z wyobrażeniem. Pochłaniałam ogromne ilości literatury, w których ujawniała się ta tendencja, wyszukując je na zakurzonych bibliotecznych półkach, czytałam prace naukowe na ten temat i zachwycałam się filmami, kręconymi w tym duchu. Aż odkryłam literaturę dla dzieci. I okazało się, że ona cała (no prawie), jest realno-magiczna. Że dzieciństwo jest realno-magiczne! Że dzieci sprytnie przeskakują z rzeczywistości, do zmyślenia, że nie widzą różnicy między kolegą z podwórka, a potworem spod łóżka (obydwa są tak samo realne), że mogą najeść się wymyślonym obiadem (choć z wymyślonymi lodami już niekoniecznie jest tak łatwo) i że czasem używają zaklęć, a one działają. Otwieram szeroko oczy ze zdumienia, a one nic, jak skały, to przecież normalne...
W takim właśnie duchu napisany jest „Mój przyjaciel Stefan”. Kim jest Stefan? Puszczykiem. Puszczykiem, który występował w telewizji. Puszczykiem, który występował w telewizji, ale teraz pracuje w sklepach, gdzie wierci dziury w ścianach, żeby potem ktoś mógł tam powiesić półki. Nieprawdopodobne? Ależ dlaczego? Tylko dlatego, że dotąd się to nie wydarzyło? Ale teraz właśnie się wydarza – w tej historii. I wydarza się jeszcze to, że pewna dziewczynka poznaje Stefana i się z nim zaprzyjaźnia. Uczestniczy przez pewien czas w jego życiu, ogląda z nim telewizję, wysłuchuje zwierzeń i rodzinnych historii, wspiera, gdy traci pracę, tęskni, gdy długo się nie widzą. Kiedyś nawet bierze udział w lekcjach latania, które Stefan prowadzi dla zwykłych ludzi, a jako przyjaciółka, nie musi nawet za nie płacić. Ot, takie sobie zwyczajne życie dziewczynki i pewnego puszczyka. Zwyczajne, choć magiczne. I nie ma fajerwerków – NAPRAWDĘ to już cała historia.

Ta opowieść, przeznaczona dla kilkulatków, będzie pewnie nie lada wyzwaniem dla niejednego rodzica. Nic się nie zgadza! Jak to puszczyk wiercący dziury pod sklepowe półki? I do tego szkoła latania i jedna wzorowa uczennica? A gdzie morał? A gdzie akcja? Bo przecież nie dzieje się nic! Spotykają się od czasu do czasu, Stefan ma problemy w pracy, Stefan tęskni za domem, Stefan pracuje w sklepie… Gdzie emocje? A gdzie prawdopodobieństwo przedstawionej historii? Gdzie, ewentualnie, antropomorfizacja, która ma służyć edukacji i przekazywaniu ukrytych sensów? No nie ma… Rozumiem doskonale skonsternowanego rodzica, który nie będzie wiedział, co z tą książką począć, czy czytać ją rano, czy wieczorem i jak odpowiedzieć na pytanie „co poeta miał na myśli?”. Nie ma tu ani jednej znanej rzeczy. Jest kilka piór, para skrzydeł i jeden dziób. I ta historia nie uczy, nie jest tak do końca normalna, nie mieści się w żadnych ramach. A jednak bawi, a jednak zaciekawia, a jednak schodzi z półki na wieczorne czytanie. Bo w życiu potrzeba czasem zaprzyjaźnić się z puszczykiem. Niekoniecznie po to, by się od niego uczyć, ale tak po prostu. Magię trzeba czasem wpuścić do mieszkania. Tak po prostu.  





1 komentarz:

  1. Uwielbiam spokój, z jakim dzieci przyjmują takie historie. Pelna akceptacja :)

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za słowa do prywatnej kolekcji...