Duża (marpil) i Mała (Majka) w świecie, gdzie nawet literatura jest piękniejsza...

niedziela, 14 sierpnia 2016

344. SZARA EMINENCJA

MALINA PRZEŚLUGA
„BAJKA O ROZCZAROWANYM RUMAKU ROMUALDZIE”
TASHKA, WARSZAWA 2016
ILUSTROWAŁA JAGA SŁOWIŃSKA i MOSS PAPERS

Możemy udawać, możemy się wypierać, możemy wargi wydymać w lekceważącym „pffff”, ale każdy z nas ma w sobie potrzebę, by go podziwiano. To nie pycha, to nie egocentryzm, to fakt, że jesteśmy zwierzętami stadnymi. To, że ktoś nas podziwia, znaczy, że nas lubi, docenia, a to z kolei prowadzi do akceptacji w stadzie, do znalezienia tam swojego miejsca, do bycia częścią jakiejś całości. Przyznam, że to jeden z największym moich lęków, jako rodzica – czy Majka będzie przynależeć… Nie będę się zagłębiać w psychologiczne tych lęków aspekty, choć nie byłoby trudno odnaleźć ich przyczynę. Fakt jest taki – każdy człowiek lubi być głaskany.
A co z takimi, których się pomija?
Bo zawsze to królewicz ratuje królewnę z wysokiej wieży, spomiędzy zębów smoka, z rąk złoczyńcy. To on zostaje obsypany kwiatami, złotem i pocałunkami przyszłej żony. Królewna się cieszy, bo uniknęła pewnej śmierci i będzie miała przystojnego męża. Rodzice panny młodej się cieszą, bo nie zostanie starą panną, a do tego trafił im się fajny zięć. Rodzice pana młodego pławią się w gratulacjach na temat „jakiego dobrego, mądrego, szlachetnego, odważnego mężczyznę państwo wychowali!”. Poddani szaleją, bo będzie wesele, a więc uczta.
A co z koniem? Co z rumakiem, na grzbiecie którego królewicz przejechał sto mil, dotarł do smoczej pieczary, na grzbiecie którego stoczył tę ciężką walkę? Konia ktoś odprowadził do stajni. Ewentualnie napoił i nakarmił, może otarł mu boki, może nawet wyszczotkował, czy co się tam z końskimi bokami robi zazwyczaj po trudach walki. Ale nie będzie go na żadnym weselnym zdjęciu, nikt nie podsunie mu kawałka weselnego tortu i na pewno, na pewno nie dostanie słodkiego pocałunku dziękczynnego od królewny. I jak tu żyć, proszę państwa, jak żyć? Jak być dalej mądrym, cieszącym się życiem, akceptującym siebie, w pełni wartościowym i zadowolonym z siebie koniem? Gdy odwala się taki kawał dobrej roboty, a nikt cię nie docenia i ignoruje twoją rolę, twoją osobę, twoje istnienie?
Rumak Romuald jest właśnie z tych trochę rozczarowanych życiem. Bo w swym życiu „odbył już sto wypraw, wożąc stu różnych bohaterów z bajek (a musisz wiedzieć, że niektórzy są grubi i ciężcy), uratował dziewięćdziesiąt dziewięć królewien (bo jedna zakochała się w smoku i nie dała się uratować), a nikt nigdy o nim nie pamiętał. Dlatego, choć żyje w świecie czarów, jest bardzo rozczarowany!” [s.09]
Ale tym razem ta bajka jest właśnie o nim, a los podsuwa mu pod nos/pysk możliwość zabłyśnięcia, zdobycia sławy, bogactw i dozgonnej wdzięczności królewny. Bo oto z jakiejś dalekiej dali ktoś – na pewno, och na pewno królewna w opałach! – woła „Ratunku!”. Woła i woła, powtarza i powtarza. A nie zjawia się żaden królewicz, żeby wskoczyć na grzbiet Romualda i ją ratować. Nie ma nikogo, kto by Romualdem pokierował i ruszył na pomoc „ratunkukrzyczącej”. Więc co? To jest twoja chwila prawdy, Romualdzie! Twoje pięć minut! Twoja szansa!
Oczywiście zakończenia nie zdradzę, bo zakończenia w bajkach są najlepsze. Oczywiście można też się domyślić, że będzie dobre, bo konwencja bajki zakłada, że dobro wygrywa ze złem. Ale Malina Prześluga jest autorką dość przewrotną, więc z nią niczego i nigdy nie można być pewnym. Więc drżenie oczekiwania na finał tym większe, więc niepewność dodaje smaczku tej historii.
To dla mnie mistrzowsko napisana historia o akceptacji siebie, o tym, że aby najbardziej szara z szarych eminencji uwierzyła w siebie, wystarczy błysk, iskra. Żeby być superbohaterem, wystarczy tylko mieć możliwość. To też trochę bajka o sprawdzaniu siebie samego, o tym, że w sytuacjach ekstremalnych każdy może walczyć ze smokiem. Bo jeśli stoisz z nim oko w oko i od Ciebie zależy los świata (albo pięknej królewny) to nie masz wyboru – musisz stać się wielki! Nie ma tu mowy o żadnym wycofywaniu się, ani tym bardziej o rozczarowaniu. Aha, to jeszcze trochę o zadowoleniu z siebie, o satysfakcji, o pokonywaniu barier (i barierek).
Taka sobie zwykła bajka, a taka głęboka. Można ją czytać powierzchownie, śmiać się do rozpuku, bo Romuald jest cudnym, pociesznym i nad wyraz sympatycznym bohaterem (takowoż królewna w opałach), ale Prześluga zazwyczaj pod tymi śmiechami i chichami coś niesie, jakąś myśl mądrą i ponadczasową, więc można też czytać w zamyśleniu.
No i koniecznie, nieodmiennie i w obydwu przypadkach w ogromnym podziwie. Bo jeśli chodzi o ilustracje, ta bajka jest śliczna! Odpowiedzialna jest za to Jaga Słowińska i Moss Papers*, graficznie rozłożyli tekst na kartce dość niekonwencjonalnie i zaskakująco. Ja wiem, że to może być nieco trudne dla początkujących czytelników, ale ja, która kilka książek w życiu już przeczytałam, trwam w niemym nad słowem zachwycie.
Romuald nie tylko uratował królewnę (powiedziałam to, zdradziłam sekret, ale chyba jednak tego to się akurat wszyscy spodziewali), ale też przy okazji zrobił coś jeszcze, z czego chyba byłby w skrytości swego skromnego ducha nieskromnie dumny. Na swoim romualdowym grzbiecie, pędzącym na ratunek „ratunkukrzyczącej” uniósł moje skradzione serce. A do pary, gdzieś tam za ogon, trzyma się serce Majki…







*pamiętacie Łakomą pandę? To też ich sprawka!

1 komentarz:

  1. Po takiej recenzji natychmiast poleciałabym do biblioteki, ale zamknięta... Zapisuję więc na listę książek do wypożyczenia wkrótce :-)
    Dzięki :-)

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za słowa do prywatnej kolekcji...