Duża (marpil) i Mała (Majka) w świecie, gdzie nawet literatura jest piękniejsza...

piątek, 5 sierpnia 2016

341. W TAPETOWYCH ODPADACH BRODZĘ CZYLI HISTORIA POMARAŃCZOWEGO NIESMAKU

MARIANNE DUBUC
„DZIEŃ DOBRY, POCZTA!”
(TŁ. MAGDALENA WANIELISTA)
WYDAWNICTWO ENTLICZEK, WARSZAWA 2016
ILUSTROWAŁA MARIANNE DUBUC

Od kilku dni nie mogę umyć włosów. Teraz pomiędzy nimi zamieszkały drobiny pyłu. Nie wiedziałam, że najlepiej szlifować w czapce. Na szlifowanie po cekolowaniu przygotowałam już jedną. Po kolana toniemy w kawałkach okropnej pomarańczowej tapety. Zasypialiśmy i budziliśmy się z nią pod powiekami przez kilka lat. W końcu basta. Zrywamy! Na gołej, poranionej szpachelką ścianie piszę MDM i jeszcze rysuję serduszko. Taka dziecięca przekora i niepowstrzymanie. Szkoda, że wywieźliśmy Majkę do Dziadków, bo też by mogła pobazgrać po tynku. A tak tylko ja mam uciechę. Ale z drugiej strony jej włosy pozostają czyste. I nie ma palców klejących się od gruntu. Trwa remont. Remont sypialni. Tego miejsca, od którego powinniśmy zacząć, gdy kilka lat temu się tu wprowadziliśmy. Trzeba zaczynać od sypialni, żeby mieć dobre sny. Ale najpierw nie było pieniędzy, potem w drodze była Majka i woleliśmy jej zrobić błękitny pokój. Ale teraz NARESZCIE! Umęczeni pyłem, kurzem, wynoszeniem stert książek i łóżka do innych pokojów, zastanawiamy się – po co? Może ta pomarańczowa tapeta nie była wcale taka zła? Ale zaraz wzdrygamy się, przypominając sobie jeszcze ten ohydny szlaczek… Po to! Po to, żeby przestrzeń mieć sobie podwładną, żeby poruszać się po niej z zamkniętymi oczami, bo jest tak bardzo nasza, że to jakby kawałek nogi czy ręki. Po to, żeby zaznaczyć, że to my tu mieszkamy nie tylko plakietką z nazwiskiem na drzwiach. Po to, żeby oddychać swobodniej.
Depcząc skrawki pomarańczowej tapety dumam nad tym, że to zadziwiające, jak różne są ludzkie gusta, jak różnymi rzeczami lubimy się otaczać, jak różne rzeczy lubimy mieć po ręką. Ja muszę mieć książkę. Tata Majki odtwarzacz z wielkimi słuchawkami. Ona kolorowankę, paczkę kredek i wodę w kubku ze słomką. A co pod ręką musi mieć Pan Niedźwiedź? Miód – to oczywiste! Ale czy dacie wiarę, że pluszowego misia? Jak mieści się w małej norce wielodzietna rodzina Królików? Jak długi jest dom Pana Węża? Gdzie ma skrzyknę pocztową Pani Wiewiórka? Który pokój ogromnego mrowiska zajmuje Królowa Mrówek? Gdzie Pani Kret ma spiżarnię? Jaki system nawadniający wymyśliła rodzina Krokodyli? Gdzie mieszka Pani Mucha (na pewno nikt się nie spodziewa), a gdzie Pani Żółw? (tego może spodziewają się wszyscy, ale czy ktoś widział kiedykolwiek jak dom Pani Żółw jest urządzony?). A Skunksy? A Kury? A Yeti???
Gdy byłam mała uwielbiałam odcinek Reksia, w którym pokazali jego budę (tak, był taki!), a tam na ścianie wisiało zdjęcie Reksia jako szczeniaka. Moim lalkom nieustannie budowałam domki, moje zabawkowe koniki zamieszkały na jednej z półek regału, gdzie urządziłam im stajnię z lustrem na ścianie, moje dwa chomiki (jak najbardziej żywe, nie pluszowe), mieszkały w dwóch sąsiadujących ze sobą pokoikach domku dla lalek – nie wiem, czy lubiły na rzecz tego pomieszczenia opuszczać swoje akwarium, ale ja to uwielbiałam! Jest coś fascynującego w zaglądaniu do cudzych domków, w podpatrywaniu półek na książki, stołów kuchennych i przydomowych ogródków. Dlatego tak zazdroszczę Panu Listomyszowi, który co poniedziałek układa na swoim wózeczku górę przesyłek i wyrusza w drogę, żeby przekazać je adresatom. Wspina się na drzewo, by dostarczyć paczki Ptakom, nurkuje z paczką dla Pani Ośmiornicy, wrzuca do jaskiniowej skrzynki paczkę dla Sióstr Nietoperzyc i śmigłowcem dowozi paczkę do Pana Yeti. A w przerwie wpada do swojego kumpla Smoka na grillowane kiełbaski. Nie zdradzę oczywiście, dla kogo niesie ostatnią, specjalną przesyłkę…
- Narysuj coś dla mnie – prosi czasami moja Córka. A ja bezwiednie stawiam cztery kreski. A później jeszcze dwie – na dach. Rysuję okna, drzwi, koniecznie z nierealną architektonicznie klamką. I to jest DOM. Bo dom zawsze pierwszy przychodzi mi do głowy*. Ale ja nie umiem rysować, więc na kartce widnieje tylko kwadrat z trójkątem i mogę sobie jedynie wyobrażać, że na ścianach tego mojego domku są regały z książkami od podłogi po sufit i urządzenie do robienia jajecznicy, które wymyśliłam w przedszkolu wraz z moją przyjaciółką. Ale Marianne Dubuc rysuje cudownie i jej domy nie kończą się na sześciu kreskach. To skomplikowane budowle, wykorzystujące rzeźbę terenu, ciekawe rozwiązania architektoniczne, funkcjonalność i indywidualny charakter mieszkańców. To po prostu mini-cudeńka z moich snów dziecięcych! To prosta książka, z kilkoma zaledwie zdaniami, której nawet nie trzeba czytać, można opowiadać, albo tylko oglądać. Ale jest niesamowita i powinna być w każdym małym lub większym domku. A jeśli twierdzicie, że nie ma na nią miejsca... to co? Remoncik!












*zaraz potem siedzący kot i słoń stojący tyłem – umie go narysować każdy, kto nie umie rysować

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Dziękuję za słowa do prywatnej kolekcji...