Duża (marpil) i Mała (Majka) w świecie, gdzie nawet literatura jest piękniejsza...

piątek, 1 kwietnia 2016

317. NIE UMIEM PISAĆ WIERSZY

SARAH CROSSAN
„KASIEŃKA”
(TŁ. KATARZYNA DOMAŃSKA)
DWIE SIOSTRY, WARSZAWA 2015
OKŁADKA I PISMO JOANNA GROCHOCKA

A chciałabym opowiedzieć o Kasieńce…
O dziewczynce/niedziewczynce. Bo ma już 12 lat. Niby jeszcze 12, ale nagle trzeba wszystkie liczby liczyć podwójnie. Bo pewnego dnia tata porzucił Kasię i jej mamę. Zabrał wszystkie walizki, które nadawały się do użytku. A teraz one dwie i jedna nylonowa, stara walizka, której wstydzą się obydwie, są w drodze na lotnisko. Noga za nogą, kółko za kółkiem, zostawiają Gdańsk, unoszą się w powietrze i podążają do Anglii. To aż dziwne, że samolot w ogóle startuje, bo każda z nich jest tak ciężka, że to prawie niemożliwe. Mama jest ciężka od dzikiej, szalonej chęci dogonienia mężczyzny, który za wszelką cenę chce uciec. Zostawił liścik - „wyjechałem do Anglii”, nie podał adresu zwrotnego, nie chciał zostawiać śladów. Zapomniał, że na czekach, które wysyłał do Polski, angielski deszcz może nie rozmazać stempla pocztowego. „Coventry” - a mama pakuje wszystko do jednej pożyczonej walizki i jedzie. Kasia jest ciężka od obaw. Bo nie mają nic prócz tego stempla i mapy. Tysiące domów, tysiące drzwi, w które mama planuje zapukać i tak po prostu pytać „Jesteś tu?”. I pytać ustami Kasi, bo przecież sama nie zna angielskiego. Kasia jest więc także ciężka od wstydu, od tego, który nadjedzie, gdy będzie stała na obcych klatkach schodowych i po angielsku pytała o „daddy”. Jest ciężka od tęsknoty, bo zostawia za sobą Dom, przyjaciół, szkołę. Jest ciężka od matczynej determinacji. Nie ma siły z nią walczyć i po prostu się poddaje. Bo mama
„Mówi jak dowódca
Oddziału żołnierzy -
Zapomina, że jesteśmy tylko we dwie,
I zakłada, że dam się zwerbować.”
Kasia nie ma wyjścia, jest nie tylko żołnierzem, ale więźniem, ofiarą porwania, opiekunką, pocieszycielem, bo
„Mama nadal płacze.
Ale nie ma tu Babci, która trzymałaby ją w ramionach.
A ja mam za krótkie ręce.”
To książka, która zaczyna się od toksycznej miłości. Kobieta wciąż kocha mężczyznę, ale on jej już nie. Nie wiadomo, z jakich powodów. Wiadomo, że kiedyś kochać się musieli, bo jest na świecie Kasia. Mądra, inteligentna, wrażliwa, delikatna dziewczyna. Musiała się wziąć z miłości. Ale teraz już jest po wszystkim, po całym za-ręce-się-trzymaniu, po całowaniu, po przytulaniu. Jest pustka, a mama Kasi nie chce w nią wpaść, próbuje ją przeskoczyć, nie mierząc sił na zamiary. Nie widzi, że ta pustka to czarna dziura, że pochłania wszystko wokół niej. A szczególnie Kasię. Bo Kasię mama wciąż ciągnie za rękę, za sobą, bo jest jej potrzebna. Jest chodzącym słownikiem języka angielskiego bez opcji samouczka, jest elektroniczna, jest na baterię, na przycisk - tylko dlatego, że jest nieletnia. Mama posyła ją do nowej szkoły, bo nie ma wyjścia. Pewnie najchętniej przeczesywałaby całe Coventry centymetr po centymetrze 24 godziny na dobę, ale przecież istnieje obowiązek szkolny, coś, co pzreszkadza w realizacji planów, uciężliwy przerywnik w poszukiwaniach. I wcale nie słucha, jak Kasia mówi, jak próbuje opowiadać swój ból, swoją tęsknotę, swój strach, swoje nieprzystosowanie. Bo Kasia jest inna. I nie weszła w nowy świat jak w masło, przedziera się przez zasieki, kaleczy na każdym kroku. Ma nie ten akcent, nie takie ubrania, jest zbyt inteligentna, a czasem za głupia, jest ośrodkiem, na którym można skupić frustracje, śmietnikiem, do którego można wyrzucić swoje złe samopoczucie. Nie zdobywa serca najpopularniejszej dziewczyny w grupie – staje się mimochodem jej rywalką. I musi walczyć także na tym froncie. Wciąż tylko walczyć. Dlatego najbardziej lubi pływać. Nurkować. Zatapiać się. W basenie staje się rybą, nie musi myśleć, przez chwilę nawet nie musi oddychać. I marzy, by być przyjętą do drużyny pływackiej.
„Nieważne, w co się ubiorę.
Zawsze się wyróżniam (…)
Gdybym była w drużynie pływackiej,
Miałabym na sobie kostium
Tak jak wszyscy,
Więcej skóry niż materiału.”
To na basenie Kasia pierwszy raz spotyka Williama. To na basenie Kasia pierwszy raz od długiego czasu czuje, co znaczy być widzialną…
Myślałam, że wierszem nie da się opowiadać tak gładko. Ostatnio moja koleżanka mówiła, jak przyszła z „Kasieńką” do domu, namówiona na zakup przez księgarkę, ale wewnętrznie wciąż stawiała opór powieści pisanej wierszem. Usiadła z książką tylko na chwilę, chyba jeszcze w kurtce, żeby zajrzeć, z literami pierwszymi się przywitać. I nie wstała, dopóki nie skończyła.
Ta prozo-poezja wciąga, jak wodny wir. Płyniemy ramię w ramię z Kasią i jedyne, co czujemy, to wielka chęć, by ją objąć, przytulić i nie pozwolić jej utonąć.
Nie mogę przestać o Kasieńce myśleć. Wciąż mam ja pod ręką i raz po raz zaglądam do środka, na wyrywki. To chyba tez dlatego, że w pokoju obok śpi moja Córka, jeszcze trzyletnia… Że tak bardzo boję się o jej dwunasto- trzynastoletność, o to, czy nie zostanę generałem, co szczeka rozkazami, czy ona w świecie beze mnie będzie dobrze ubrana, będzie mówić tak, by nikt się z niej nie śmiał, czy nie będzie musiała chować głowy pod wodę...

Nie umiem pisać wierszy. Ale poezja „Kasieńki” trafia mi w samo serce.






Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Dziękuję za słowa do prywatnej kolekcji...