281. IDEAŁY PODOBNO NIE ISTNIEJĄ
Tak, to nie wykluczone, że idealizuję własne dzieciństwo. Pewnie wyparłam to wszystko, co było złe (albo co wydawało mi się złe w tamtym czasie). Na co dzień pamiętam tylko ognisko z lampki, kawę zbożową na śniadanie, ślizganie się na butach natartych świecą i tony, miliony ton książek. Hołubiłam je, zbierałam na nie pieniądze, życzyłam ich sobie pod choinkę i na urodziny, zawsze były w moim otoczeniu i były jednymi z najlepszych zabawek. Nawet te po rosyjsku i angielsku, choć nie rozumiałam ni w ząb, o czym są – najważniejsze, że to była kniga albo book. Ale miałam swoje ulubione, te „najzaczytańsze”, te do których wracałam wciąż od nowa, te, które wywoływały burzę, emocje, wypieki na twarzy. Do takich zdecydowanie ukochanych należał „Zajączek z rozbitego lusterka”, koniecznie ten zielony, cienki, z powyginaną od wiecznego czytania okładką. To historia o tym, jak mały chłopiec jest bardzo niegrzeczny, jak robi o jedną niegrzeczną rzecz za dużo, jak mama, wykończona brakiem snu, opi...