Duża (marpil) i Mała (Majka) w świecie, gdzie nawet literatura jest piękniejsza...

sobota, 22 kwietnia 2017

407. TROCHĘ STARSI: ŁEZ ŁAKNĄCY

MARCIN SZCZYGIELSKI
„TEATR NIEWIDZIALNYCH DZIECI”
INSTYTUT WYDAWNICZY LATARNIK, WARSZAWA 2016

Jak tak można? Jak tak w ogóle można? Kraść noce, kraść dnie, myśli zajmować, łzy wyciskać ze mnie, zabierać, jak swoją własność, gromadzić je między kartkami?

Michał, lat dziesięć. Od jakichś siedmiu w domu dziecka. Niby nie pamięta smaku domowej pomidorowej, tylko tej z wielkiego gara, z której rozlewa się do wszystkich talerzy, niby nie pamięta, czy miał swój pokój, bo niemal „od zawsze” śpi w wielkiej sypialni, obok kilkunastu innych chłopców, niby nie kiwa się, jak Kiwaczek z łóżka obok (to się nazywa choroba sieroca), ale gdzieś w środku ma niezaspokojoną tęsknotę. Za miłością, za głaskaniem, za jakimś uchem, które słucha tylko jego, zawsze wtedy, gdy ma coś do powiedzenia i wcale, a wcale nie spieszy się to ucho, nawet wtedy, gdy Michał się jąka i zacina i nie potrafi wydobyć szybko z głowy tego, co tam siedzi i co strasznie chciałoby wyjść… Za rodzicami po prostu tęskni. Jego rodzice zginęli w wypadku samochodowym. A właśnie dostali przydział na wymarzone eM. Pięknie było, może nawet w przyszłości miałby brata lub siostrę? Ale teraz ma tylko kilku kolegów. I doskonale opanowane zasady przetrwania w takiej placówce, jak dom dziecka. Zasada jest na przykład taka, żeby się nie przywiązywać. Albo, żeby kolekcjonować tylko takie rzeczy, których nikt ci nie może ukraść – słowa na przykład, „można ich mieć bardzo dużo za darmo”… Kiedyś chciał, żeby go adoptowali, ale teraz wie, że raczej do końca życia będzie mieszkał w domu dziecka – jednym, czy drugim, to przecież nieważne, wszystkie wyglądają tak samo… Ale w tym, w którym jest teraz, są dwie wspaniałe rzeczy: ciocia Jola i Kiwaczek. Kiwaczek jest młodszy i Michał staje się dla niego takim trochę starszym bratem. A ciocia Jola jest jedną z opiekunek. Ale taką najważniejszą, specjalną. Taką, która słucha, nigdy nie stara się dokończyć za Michała zdania i dla której można narysować gwiazdy… Tylko, że nagle obydwoje znikają z jego życia – Kiwaczek wraca do rodziców, a ciocia Jola dostaje nową pracę… I Michał się zapada. W sobie się zapada. Nie chce już mieć nic wspólnego ze światem… Dobrze, że ciocia Jola okazuje się taka, jak sobie Michał wyobrażał i nie dość, że wyciąga go z choroby, wyciąga go ze szpitala, to jeszcze organizuje mu zupełnie specjalny dom dziecka… A tu Michał pozna kolejną wyjątkową osobę w swoim życiu...
A, jest jedna bardzo, bardzo ważna rzecz. Wszystko dzieje się tuż, tuż przed ogłoszeniem stanu wojennego. To ważne, bo pod historią o Michale, kryje się historia o Polsce. Bo oprócz tego, że to historia o chłopcu, którego los potraktował niesprawiedliwie, to historia o narodzie, który los potraktował niesprawiedliwie. To też historia o tym, jak podnosi się głowę, zaczyna ruszać rękoma, jak idzie noga za nogą, a potem rozpoczyna się bieg – bieg po życie, po oddychanie, po normalność. Biegnie Michał, ale biegną też tysiące ludzi, którzy noszą w klapie oporniki, ukrywają w tapczanach bibułę, piszą książki, których nie powinno się pisać… O wszystkich tych, którzy nie boją się powiedzieć na głos słowa „solidarność”. O tych, którzy chcą, żeby w kraju było lepiej. Jest tu ZOMO i nie ma Teleranka. I są „Mury”, które śpiewał taki jeden miły pan...

Mieszkamy w miejscu dość szczególnym – w Gdańsku. Konotacja: stocznia, Wałęsa, Plac Trzech Krzyży… Co powiem Majce, gdy zapyta kiedyś o Solidarność? Najpierw nie powiem nic. Po prostu dam jej tę książkę.
Ta paralela między czasami tuż po tym, jak powstała Solidarność, tuż przed tym, jak zwyciężyła, czasami kolejek, braku towarów na półkach, kartek, biedy i zatrzaskujących się za niewinnymi ludźmi krat więzień a domem dziecka – mistrzowsko to wymyślone!

No i jak napisane! Też mistrzowsko! Jakby litery łapały za gardło i nie pozwalały oddychać, jakby się klinowały w przełyku i mogły tylko ze łzami wypłynąć. Gdzie ja te wszystkie łzy mieściłam? Naprawdę nie sądziłam, że mam ich w sobie aż tyle! Do czego Szczygielski potrzebuje takich łez ilości? Potrzebne mu do jakichś eksperymentów? Sprzedaje je na eksport albo na czarnym rynku? A może żywi się nimi, skoro napisał coś tak wzruszającego i niesamowitego?

„Co jest moim talentem? (…) to jedno z najważniejszych pytań, na jakie każdy musi znaleźć odpowiedź. Bo jeśli odkryjecie swój talent, a potem urządzicie swoje życie tak, aby wykorzystywać go na co dzień i móc dzielić się nim z innymi, będziecie naprawdę szczęśliwi.” [s.217]
Marcin Szczygielski ma na pewno przynajmniej jeden talent: pisanie!

Marcinie, chyba więc jesteś szczęśliwy, prawda? I tylko nie przestawaj – po to jesteś!!!





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Dziękuję za słowa do prywatnej kolekcji...