Duża (marpil) i Mała (Majka) w świecie, gdzie nawet literatura jest piękniejsza...

poniedziałek, 2 lutego 2015

250. CIĘŻKA NADINTERPRETACJA

DOROTA GELLNER
GRYZMOŁ”
BAJKA, WARSZAWA 2009
ILUSTROWAŁA EWA POKLEWSKA-KOZIEŁŁO

Chyba każdy, kto ma w jednym domu i dzieci i pudełko kredek doświadczył tego choć raz. Chwila nieuwagi wystarcza i na ścianie gryzmoł. Albo farby – pewnego poranka wstajesz chwilę później niż twoje dziecko i wdeptujesz w wielką plamę czarnej (dlaczego zawsze czarna kończy się najpierwsza?). Do prania idzie piżama, szlafrok, skarpetki i Dziecko od stóp do głów.
Taki właśnie jest Gryzmoł – wszędomalujący. Ma lat kilka i kręcone włosy (doskonały hair styling by Ewa Poklewska-Koziełło), ale może mieć też proste, albo warkocze, bo to książka o każdym Dziecku. Gryzmoł rysuje, maluje, nie rozstaje się z kredkami – w mieście aż zabrakło kredek, tak Gryzmoł maluje. I niekoniecznie mieści się na standardowej kartce A4. Nie mieści się nawet na A3. Gryzmoł ma rozmach – czasem to ściana bloku, czasem płytki chodnikowe, niekiedy sufit w domu babci i dziadka, czyjaś pięta, bo akurat nawinęła się pod rozszalały pędzel, albo od razu płótno, na którym umieszcza grubą ciocię. Czasem, choć rzadko, jest minimalistą i mieści się na maleńkiej karteczce z listą zakupów. Nie mniej jednak zawsze ma przy sobie coś do rysowania – kredkę, ewentualnie ołówek, bo nigdy przecież nie wiadomo, skąd przyjdzie natchnienie. Wszyscy dookoła mają już dość Gryzmoła – rodzice, dziadkowie, którzy pewnie tysięczny raz zamalowują rękodzieło na sfatygowanej ścianie, siostra, której Gryzmoł przerabia rysunki na własną modłę i nawet ściana na podwórzu, która od Gryzmoła żąda przeprosin w pakiecie ze szmatką, wodą i szczotką. Ale Gryzmoł nie przestaje. Aż w końcu, po wielkiej rodzinnej naradzie, zostaje posłany do szkoły.*
Ale dla mnie ta książka oprócz rymów, rytmów i prostej historyjki o chłopcu, który lubił malować i psocić, ma wymiar głębszy – pod spodem to książka o sztuce, o wyrażaniu siebie, o tym, że wcale nie jest prosto być artystą. Że czasem trzeba iść pod prąd i łamać zakazy, pokonywać szturmem bariery, gdy zabraknie kartki rysować na suficie. O tym, jak mocno chcemy mówić – także obrazem. Że dla Dziecka malowanie to taki drugi język ojczysty – najprostsza forma, by coś przekazać – choćby kota siedzącego na płocie i machającego ogonem. I gdy się widzi ten ogon na własnej ścianie, to jest złość wielka, że przecież świeżo malowane, że mieszali nam idealną farbę przez dwie godziny i że teraz trzeba będzie na nowo, bo kot to zupełnie nie pasuje do wnętrza. Ale za chwilę można się rozpłynąć, gdy słyszy się „Mamo, namalowałam Ci kota – z miłości”**. Bo często dziecięce rysunki to nie tylko sposób na nudę, ale treść, jakiś list do potomności. Albo do przodków.
To także historyjka o mocy sprawczej Sztuki (gdy Gryzmoł rysuje lwa, to lew nagle ożywa i goni Gryzmoła po ulicach). O tym, że Sztuka może zmieniać świat, jeśli tylko artysta jest zaangażowany w jej tworzenie.
Być może to trochę nadinterpretacja przy zabawnej, lekkiej historyjce dla dzieci 3+, ale taką właśnie widzę między literami. Poważną. Ważną.
A tak w ogóle to po prostu książka o tym, jak jeden chłopiec lubi mazać po ścianach. Rymowana. I świetnie się czyta na głos.







[Z Gryzmołem gryzmolimy dzięki Wydawnictwu Bajka]

*I nie mogę się oprzeć temu dopowiedzeniu, że tam jego talent, zapał i pasję może ostudzić, a nawet zagasić, jakiś niewprawny nauczyciel plastyki bez powołania i bez pomysłu na „plastykę”...


**dlatego właśnie kocham tę reklamę.

1 komentarz:

  1. O tak, mam w domu małego Gryzmola! Swietna książeczka, ale boje się, ze po jej przeczytaniu artystyczne zapędy dziecięcia byłyby nie do ogarnięcia :)

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za słowa do prywatnej kolekcji...