Duża (marpil) i Mała (Majka) w świecie, gdzie nawet literatura jest piękniejsza...

piątek, 6 grudnia 2019

639.DOWODY NA ISTNIENIE M.


HIROKO MOTAI
„MILION MILIARDÓW ŚWIĘTYCH MIKOŁAJÓW”
(TŁ. KAROLINA IWASZKIEWICZ)
DWIE SIOSTRY, WARSZAWA 2019
ILUSTROWAŁA MARIKA MAIJALA

No to jak jest w końcu z tym Mikołajem? Istnieje czy nie istnieje (oczywiście, że tak!). I co wspólnego mają z Mikołajem dorośli? Oraz listy dochodzące do Mikołaja mimo braku znaczka oraz szafa, do której nie można zaglądać w okolicach Świąt, choć cały rok nie ma z tym problemu? Przez moje życie przewinęło się wiele teorii (niektóre spiskowe). Ale dopiero teraz wiem, jak jest naprawdę! Kiedyś, dawno, dawno temu był tylko jeden Święty Mikołaj. Ale było na świecie dużo mniej dzieci. Zaledwie kilkoro. Więc udawało mu się bez problemu odwiedzić wszystkie. Każdemu wręczał prezent. Może nawet chwilę pogawędził. Może został na herbatę lub ciastko. Ale ludzi przybywało, dzieci przybywało i Mikołaj już nie nadążał. „Przecież się nie rozdwoję” - pomyślał pewnie i może to powiedzenie podsunęło mu rozwiązanie. Jedna prośba do Boga i… Mikołajów było dwóch. Co prawda o połowę mniejszych, ale dwóch. Robota szła więc dwa razy szybciej. Ale ludzi nie przestawało przybywać. Więc Mikołajów też musiało być coraz więcej i więcej… Cztery, osiem, szesnaście… Aż nagle… Milion Mikołajów! Wyobrażacie sobie, jacy musieli być maleńcy? Jacy wciąż SĄ maleńcy? Problem powstał jeden, ale znaczący – byli tak maleńcy, że nie byli w stanie unieść żadnego, nawet najmniejszego prezentu. Co teraz? Nieco parafrazując znane przysłowie: jest problem, jest i rada! Mikołaj/e wymyślili na to sposób, stosowany z wielkim powodzeniem po dziś dzień. Jaki? No przecież każdy, absolutnie każdy go zna! Nie wierzycie? Chcecie dowodów? Odpowiedzi, rozwiązań, potwierdzeń? Zajrzyjcie do tej cudownej, przewrotnej, pomysłowej, nietuzinkowej, dowcipnej mikołajowej książki! Jestem zachwycona, jestem oczarowana! Śliczna, świetnie narysowana, z przymrużeniem oka (jest nawet jeden golusieńki Mikołaj!) książka, która raz na zawsze rozwiązuje dylemat czy Mikołaj istnieje czy nie (oczywiście, że tak!).






czwartek, 5 grudnia 2019

638. ODPOWIEDZ NA PYTANIE W ANKIECIE


KATHERINE MARSH
„CHŁOPIEC ZNIKĄD”
(TŁ. ANNA KLINGOFER-SZOSTAKOWSKA, SARA MANASTERSKA)
WIDNOKRĄG, PIASECZNO 2019

Czy trzynaście lat to wystarczający wiek na pomaganie? Tak zadane pytanie w sądzie ulicznej zebrałyby pewnie serię parsknięć i spojrzeń pełnych niedowierzania. Gdy człowiek ma trzynaście lat to pomaganie powinien mieć już we krwi, w planie dania i głęboko na dnie serca. Ale dodajmy jedno małe słówko na koniec pytania: „imigrantom”. Czy trzynaście lat to wystarczający wiek na pomaganie imigrantom? I już rozmówca zacznie się nerwowo kręcić, łypać na boki, rzuci oschłe „śpieszę się!” i ucieknie…
Trzynastoletniemu Maksowi nie wydawało się do tej pory, że to jego dotyczy to pytanie. Przeprowadza się z rodziną do Brukseli tylko na jeden rok. Nie zna języka, nie zna nikogo w nowej szkole, ale tłumaczy sobie, że to rok, tylko jeden rok… Nie idzie mu najlepiej. Nie jest łatwo być trzynastoletnim chłopcem. A trzynastoletnim chłopcem w obcym kraju, w nowej szkole, jako czarna owca rodziny, to już w ogóle. I nagle, pewnego zwyczajnie beznadziejnego dnia, odkrywa w swojej piwnicy Ahmeda. Ahmed ma czternaście lat. Bycie czternastoletnim chłopcem wcale nie jest prostsze. Ale bycie czternastoletnim syryjskim uchodźcą w obcym kraju, bez dokumentów, bez ważnej wizy, bez nadziei na przeżycie, okradzionym przez przemytnika, głodnym, nie znającym języka francuskiego, sierotą, którego ojciec utonął, próbując uciec z Syrii… to już jest nie do udźwignięcia. Dlatego Max nie ucieka, nie wzywa policji, nie mówi nikomu z rodziny o ukrywającym się w piwnicy ich domu chłopcu. Zaczyna z nim rozmawiać. A potem zaczyna spełniać jego marzenia.
Max wzoruje się na belgijskim bohaterze z okresu II wojny światowej – kiedyś Jonnart ukrywał w swoim domu, w piwniczce na wino, żydowskiego chłopca, Ralpha. Czy to przypadek, że ta piwniczka znajduje się właśnie w domu Maksa? Uderzyła mnie powtarzalność historii. Uderzyło mnie, jak bardzo tamta sytuacja podobna jest do dzisiejszej. Szczególnie w oczach ofiar nie ma różnicy – prześladowanie ze względu na kolor skóry niczym się nie różni od tego sprzed 80 lat. Nienawiść to nienawiść, wyrok śmierci to wyrok śmierci… Cały czas drżałam o Ahmeda, czułam jego przerażenie, gdy nasłuchiwał kroków domowników nad swoją głową. Chciałam zasłonić go własnym ciałem przed wścibskim policjantem z sąsiedztwa. I chciałam pogłaskać Maksa po głowie, powiedzieć mu, że już dobrze, że teraz już ja się tym zajmę.
Gdy czyta się takie książki, to po prostu ma się ochotę spuścić głowę w pokorze i we wstydzie, za tych, co w ankiecie o pomaganiu uchodźcom nie potrafią udzielić odpowiedzi. I za siebie, jeśli się nie jest pewnym, co by się zrobiło w takiej sytuacji. Gdy się czyta takie książki, otwiera się szeroko oczy. Już nie tylko się patrzy. Zaczyna się widzieć. Młodego, przestraszonego chłopca, który jeszcze tak niedawno grał na ulicy w piłkę i robił zdjęcia takim samym telefonem, jaki ja sama trzymam w ręku. Strach to potężna broń, strach bierze się z niewiedzy. Ta książka jest bardzo prosta w formie – krótkie, nieskomplikowane zdania, łatwe słownictwo. Ale to dobrze, bo to ma być książka „dla każdego”. Wiem, nie powinno się pisać książek dla każdego, ale ta jest właśnie taka – absolutnie każdy powinien ją przeczytać! Po to, żeby wiedzieć. Być może dla dzieci, dla młodzieży postawa Maksa będzie oczywista – tylko dziecko może tak mocno uwierzyć w drugiego człowieka. Tak naturalnie, bez zbędnych pytań, wysunąć dłoń, w której trzyma się kawałek chleba. Rodzice muszą się zastanowić. Przemyśleć. Rozpatrzyć wszystkie za i przeciw. Zrobić listę. Sprawdzić. Poczytać w internecie. Zapytać znajomych. Zasięgnąć rady prawnika. Dlatego warto, żeby to rodzice najpierw przeczytali tę książkę. Żeby wzruszyli się tak do łez, do samej podszewki. Żeby łatwiej im było później odpowiedzieć na pytanie z ankiety.

wtorek, 3 grudnia 2019

637. KROWA ŚCIGAJĄCA SIĘ Z FERRARI


RASA JANČIAUSKAITĖ
POWIEDZ TO W MIG”
(TŁ. I OPRACOWANIE TEKSTÓW INFORMACYJNYCH MACIEJ BYLINIAK)
DWIE SIOSTRY, WARSZAWA 2019
ILUSTROWAŁA AUTORKA

Do czytania tej książki musiałam użyć całej mojej wyobraźni. Wszystkich zapasów – nawet tych spod lewej łopatki, których zazwyczaj nie wykorzystuję. Pierwsze zdanie brzmi: „Wyobraź sobie świat bez dźwięku.” A ja nie umiałam! Zatykałam uszy palcami bardzo mocno, ale tylko coraz bardziej zdawałam sobie sprawę z dźwięków. Jak by to było, gdyby do mnie nie docierały? Na przykład muzyka? Albo głos lektora czytający audiobooka? Albo śmiech mojej córki? Albo świergot ptaków? Albo te wszystkie dźwięki, które o czymś informują: warkot nadjeżdżającego auta, głos szefa, zlecający ci coś do zrobienia, czujnik czadu czy dźwięk telefonu? Jakby to było żyć… na innej planecie?
Nie dziwię się, że książka skradła serca jurorów konkursu Jasnowidze 2016/2017 – zdobyła główną nagrodę. Myślę, że wiem, co poczuli, gdy ją wyłowili z setek innych zgłoszeń. Po pierwsze, że jest świetnie, doskonale narysowana, bardzo symbolicznie i przejmująco. Że obraz mówi tu tak wiele, że krzyczy nawet, a czasem płacze. Choć to bardzo pogodna i pozytywna książka ludzi pogodzonych ze swoją ułomnością. No właśnie – osoby, które zgodziły się wypowiedzieć na potrzeby tej książki nie czują się gorsze, ułomne, kalekie.
Czują się inne, owszem, bo mają swój świat. Ale nie stworzyły erzacu, tombaku. Stworzyły świat równoległy, równie barwny, co nasz. Atypowy, bo jak mówi jedna z bohaterek, Indrė, kiedy zamkną się drzwi trolejbusu, to oni wciąż mogą rozmawiać z kolegami, którzy stoją na przystanku. Do momentu, aż odjedzie. A jaka jest twoja supermoc?
To książka-klucz. Ktoś wręczył mi rodzaj wytrychu do tego świata. Nie zaprosił, bo nie da się do niego wejść. Można na przykład nauczyć się języka migowego i stanąć w drzwiach, ale nigdy tak do końca nie wejdzie się do środka. Ja uchyliłam drzwi i nieśmiało podglądałam Indrė, Dmitrijusa, Rasę, Deimantė, Arnoldasa i Vaivę, którzy są bohaterami tej książki. Nie, zupełnie im nie współczułam. Bo oni sobie nie współczują. Nie egzystują, żyją. A ja nagle zapragnęłam, żeby Arnoldas opowiedział mi dowcip o krowie, która ściga się z ferrari. To podobno bardzo malowniczy i widowiskowy kawał. „Krowa ścigająca się z ferrari nie jest tak zabawna , gdy opowiada się o niej zwyczajnym językiem.” Zafascynowało mnie to, że istnieje migana poezja, zadziwiło coś zupełnie oczywistego, że nie da się w języku migowym pisać, ale można nagrać mówiącego kamerą, a potem odtworzyć to, co powiedział. Zupełnie zaskoczyło, że w języku migowym nie posługuje się imionami i nazwiskami. Głusi używają przydomków, które można pokazać jednym gestem – zazwyczaj związanych z wyglądem osoby, o której mówią. Gdzie jest jakikolwiek Głuchy, żeby mi pokazać, jak się nazywam?
„Każdy może nauczyć się języka migowego. Gdyby ludzie słyszący go znali, nie nazywaliby głuchoty niepełnosprawnością” - czytam i nagle uświadamiam sobie, że to prawda. I jeszcze to, że skoro nasz świat był niedostępny, pełen zasadzek, pułapek i barier, to zbudowali sobie własny. Trochę jak w jakiejś powieści science-fiction. I chyba po to właśnie są takie książki? Po to, żeby uświadamiać, że wszyscy jesteśmy ludźmi, nawet jeśli mówimy różnymi językami.






poniedziałek, 2 grudnia 2019

636. ZAMIAST CZEKOLADY




TOMASZ SAMOJLIK
T.13 „ŻUBR POMPIK WYPRAWY. ŻUBRZA GÓRA”
T.14 „ŻUBR POMPIK WYPRAWY. JASKINIA NIETOPERZA”
T.15 „ŻUBR POMPIK WYPRAWY. NIEŚMIAŁA SALAMANDRA”
MEDIA RODZINA, POZNAŃ 2019
ILUSTROWAŁ AUTOR

„Myśleliście, że żubry żyją tylko w nieprzebytych puszczach? Otóż nie! Te ciekawskie zwierzęta często opuszczają leśne gęstwiny, by poznawać świat” - właśnie tak zaczyna się każda kolejna książeczka z serii „Żubr Pompik Wyprawy”. I ja tę powtarzalność, tę seryjność bardzo lubię. W ogóle lubię żubra Pompika i cieszę się, że stał się w Polsce postacią ikoniczną. Przeprowadźcie kiedyś test i w grupie przedszkolaków zapytajcie, jakiego znają żubra – jestem niemal pewna, że personalia Pompika padną jako pierwsze. I dobrze! Bo żubry to niesamowite zwierzęta, nasze dobro narodowe, którym powinniśmy się chwalić na prawo i lewo, od wschodu do zachodu, od morza do Tatr, od góry do dołu. A Pompik czyni to z wdziękiem, gracją i humorem. A wszystko to ma wrodzone (po tatusiu!).
Tomasz Samojlik, ojciec wspomnianego żubra (a nawet całej rodziny żubrów!), skromnie twierdzi, że nie sztuką jest Pompika narysować – ot, parę kresek (jakiś kartofelek czy dwa), oczka, proste nóżki (te z tyłu krótsze, żeby była perspektywa) i już. Ale podkreślam, że ta skromność to wręcz nadużycie – próbowałam, żubra Pompika nie da się podrobić tak łatwo, jak by się mogło wydawać! A już przygód Pompika to nie da się podrobić w ogóle. Doktor Tomasz Samojlik na co dzień pracuje w Instytucie Biologii Ssaków Polskiej Akademii Nauk w Białowieży. Więc ja wierzę w absolutnie każde słowo, jakie pojawia się w książkach o tej wyjątkowej żubrzej rodzinie. A do tego to słowo jest tak podane, że chce się więcej i więcej.
A czymże jest seria „Wyprawy”? To mini-przewodniki po polskich parkach narodowych. Parków mamy w Polsce dwadzieścia trzy i każdemu Samojlik chce poświęcić jeden tom. Na razie poświęcił piętnaście. Żubry wyruszają „od siebie”, z Białowieży, więc najbliżej mają Narwiański Park Narodowy. I tak wędrują sobie przez Polskę, zaglądają po kolei do każdego, przeżywają przygody, poznają różne gatunki zwierząt i ich zwyczaje. Tym razem trafiają do Babiogórskiego Parku Narodowego, gdzie żyje sporo jeleni i gdzie rosną rośliny, których nie ma nigdzie (lub prawie nigdzie) indziej, takich jak okrzyn jeleni. Stamtąd udają się do Ojcowskiego Parku Narodowego, który słynie z jaskiń (jest ich tam ponad pięćset!). A kogo można spotkać w jaskiniach? Oczywiście nietoperze! Na dłużej (do następnego tomu) zatrzymały się w Gorczańskim Parku Narodowym, gdzie udało im się poznać salamandrę, choć ta bardzo się przed nimi chowała.
Bez czego jeszcze, oprócz charakterystycznych dla danego parku zwierzaków, nie może się obyć ta seria? Bez mapki w środku, gdzie można zaznaczyć, które częsci się już przeczytało. Bez kilku podstawowych faktów o zwierzęciu po drugiej stronie mapki. Bez kilku zebranych w jednym miejscu (na trzeciej stronie okładki), najważniejszych faktów o danym parku. No i bez świetnej historii. Bo ta cała wiedza przyrodniczo-krajoznawcza kryje się zawsze tuż pod opowiadaniem. „Nauka przez zabawę, nauka przez zabawę” - to taka mantra dzisiejszych czasów, ale sprawdza się idealnie! Wiem z doświadczenia (swojego dziecka i swojego… własnego!). Nieustannie podziwiam Samojlika, jak suche, trudne do objęcia umysłem fakty przekuwa w łatwostrawne książeczki (nie tylko) dla dzieci.
Nie mniej ważną jest jej objętość, a co za tym idzie rozmiar i waga – w ostatniej chwili można je zgarnąć do najbardziej nawet napchanego plecaka. I potem podczytywać w kolejce, w korku, w kantynie, na kolacji. A litery duże, czytelne, więc dziecko może śmiało podczytywać samo. Chociaż… oj, nie będzie łatwo! Ja się nie dałam z tej przyjemności wykolegować!
Po lekturze najnowszych części z serii (nietoperze są najlepsze, ale serce skradła mi salamandra, której się wydawało, że jest brzydka i nikt jej przez to nie lubi!) okazało się, że Samojlik ma jeszcze jedną moc – jest wytwórcą marzeń. Bo ja teraz bardzo ale to bardzo mam ochotę na wyprawę z jego książkami do każdego polskiego parku narodowego po kolei. Oby się spełniło!
Ach, jeszcze jedna na rzecz, na którą MUSZĘ zwrócić uwagę. Sugerowana Cena Detaliczna książeczek z serii „Żubr Pompik Wyprawy” to 7,90… Drogi Mikołaju, prawda, że zamiast czekolady wolałbyś nosić w swoim worku Samojlika?







wtorek, 26 listopada 2019

635. ENTUZJAZM, FASCYNACJA, UNIESIENIE, ROZGORĄCZKOWANIE, WRZENIE…


KATHERINE RUNDELL
„WILCZERKA”
(TŁ. PAULINA BRAITER)
PORADNIA K, WARSZAWA 2019
ILUSTROWAŁ GELREV ONGBICO

Zmyłam już naczynia. Zarezerwowałam bilety do kina na przyszły tydzień. Umyłam lustro. Pokroiłam warzywa na sałatkę. Wyrzuciłam śmieci – dwa razy. Tylko po to, żeby nie usiąść do komputera i nie zacząć pisać o tej książce. Dlaczego? Czasem gdy kończę czytać jakąś opowieść, czuję coś wyjątkowego. To rodzaj absolutnej pewności: ta książka jest napisana specjalnie dla mnie. Jest o tym, o czym myślę, o czym mówię, albo co skrywam głęboko w sobie, między płucami a żołądkiem, co kocham, czym oddycham. To rodzaj hołdo-zazdrości – ktoś posługuje się językiem tak, jak ja bym chciała umieć. Ktoś ujarzmił litery, słowa, dosiadł ich i teraz na nich jedzie i będzie pewnie tak jechał do końca świata. I wtedy wszystko, co powiesz o książce, wydaje ci się nie wystarczające. Ale spróbuję choć kilka zdań…
„Wilki, jak dzieci, nie przychodzą na ten świat, by wieść spokojne życie.” [s.8]. Ale niektórym ludziom tak właśnie się wydaje. Więc łapią wilki i ozdabiają nimi swoje salony. Prowadzają je na smyczach. Dekorują kokardami. Czasem tresują. Nierzadko przekarmiają. Wydaje im się, że łatwo jest mieć władzę nad wilkiem. I na wystawnych balach chwalą się swoją władzą, reperując sobie poczucie własnej wartości. Ale wilka można jedynie uśpić – nie wytresować. Las zawsze kiedyś w nim zawyje. I taki wilk zawsze w końcu ugryzie kogoś, kto nie spodziewa się być ugryziony. I co wtedy? Rosyjscy arystokraci wierzą, że zabicie wilka przynosi pecha. Nawet jeśli to jedynie przesąd, to nikt nie chce go sprawdzić na własnej skórze. W takim wypadku wilka, który popadł w niełaskę, służący oddaje wilczerom. Wilczer ma jedno zadanie – odswoić wilka i sprawić, że pójdzie za swoją prawdziwą naturą i wróci do lasu. Wilczerzy „wyglądają mniej więcej jak przeciętni ludzie, choć istnieją pewne wskazówki: ponad połowie brakuje co najmniej kawałka palca, małżowiny usznej, palucha czy dwóch u nogi. Zużywają bandaże w tempie, w którym zwykli ludzie zmieniają skarpetki, i otacza ich słaba woń surowego mięsa.” [s.7] Taką wilczerką jest Fieodora. Taką wilczerką jest jej mama, Marina. Mieszkają we dwie w drewnianym domu, w którym za tapety służy owcza wełna. To domek w głębi Rosji, pośród śniegu, lodu i mrozu. Ale Fieo i jej mama nauczyły się radzić sobie z zimnem. Zresztą od zawsze zajmują się wilkami, a jak wiadomo, „na świecie nie istnieje koc cieplejszy od wilka”. Żyją skromnie, ale szczęśliwie, od lat ustalonym, niezmiennym rytmem. Żyją od wilka do wilka – ludzie podrzucają im zdezorientowane zwierzęta, które trzeba nauczyć nawet załatwiania się w terenie. Trzeba mieć dużo cierpliwości, samozaparcia i miłości do wilków, żeby pokazywać im, jak się kopie norę, jak się poluje i jak się wyje, żeby przywołać towarzyszy. Ale w całej Rosji nie ma chyba większych miłośniczek wilków niż one dwie.
Pewnego dnia do ich domu przybywają żołnierze, na czele z generałem Rakowem. Żądają pieniędzy dla cara. I tego, aby zaprzestały odwajać wilki. To moment, w którym znany dotąd Fieo świat właśnie się kończy. Nie mija dużo czasu, gdy Rakow wraca i uprowadza Marinę. Nie mija dużo czasu, gdy Fieo podąża w ślad za nimi. Na szczęście nie jest sama. Do pomocy ma wilki i… młodego żołnierza z oddziału Rakowa, który zafascynowany narodzinami młodego wilczka, nie potrafi już wrócić do poprzedniej profesji.
Przejmująco piękna książka! Mądra. Wzruszająca. Rozdzierająca trzewia. Jak scyzoryk, który wypada z rękawa i rani ci dłoń. Jeszcze przed chwilą nie było go widać, a teraz płaczesz z bólu. Tu jest dokładnie tak samo – emocje, które towarzyszą lekturze buchają ustami, bo nie można ich utrzymać wewnątrz. Jest więc śmiech, ale jest też płacz, taki z zawodzeniem, z wyciem. Jest dużo krwi. Widać ją doskonale na śniegu. Jest jak oskarżenie ludzkości – człowieku, wszedłeś trochę za daleko w las! Niszczysz to, co winno zostać nietknięte twoją dłonią! Zawróć, bo zostawiasz tu tylko smutne ślady… Niby metafora, niby baśń, niby wszystko zmyślone, a jednak to opowieść o współczesnym człowieku, któremu wydaje się, że jest panem nieba i ziemi, niepowstrzymanym, który może wszystko. I że to wszystko będzie bez konsekwencji...
Jakie są synonimy słowa zachwyt? Entuzjazm, fascynacja, uniesienie, rozgorączkowanie, wrzenie… To wszystko jest we mnie po lekturze tej książki. Pospolite „nie mogłam się oderwać” też, owszem, ale to stanowczo za mało. Wyświechtane „polecam” nie oddaje w pełni tego, co czuję, nawet, jeśli dodam do tego przymiotnik „gorąco”. Modne „must have” ma w sobie zbyt mało uczucia. Jak więc podsumować, żeby nikt nie przegapił tej książki? Może ja nie będę już mówić? Pozwolę Katherine Rundell (i genialnie ją „naśladującej” w języku polskim Paulinie Braiter!) zacząć: „Dawno, dawno temu, będzie ze sto lat, żyła sobie dziewczynka, mroczna i groźna jak burza. Była Rosjanką, a choć włosy, oczy i paznokcie miała zawsze ciemne, mroczniała niczym burza tylko wtedy, gdy uważała to za konieczne. Czyli dosyć często. Na imię miała Fieodora”. [s.11]







poniedziałek, 25 listopada 2019

634. ŚLIWKOWO MI


DELPHINE PERRET
„BJORN W WIELKIM ŚWIECIE”
(TŁ. PAWEŁ ŁAPIŃSKI)
WYTWÓRNIA, WARSZAWA 2019
ILUSTROWAŁA AUTORKA

Bjorn już raz wszedł do mojego serduszka. Co ja mówię – wkroczył! Z przytupem. Rozsiadł się, zamieszkał, nigdzie się nie wynosi. Od czasu do czasu ściągam książkę z półki, gładzę jej niebieskie kartki, przytulam do policzka i od razu robi mi się lepiej. Bo to jest właśnie taki niedźwiedź – taki od dobrego samopoczucia. Dlatego, gdy zobaczyłam w zapowiedziach Wytwórni, że Bjorn się przebudzi ze snu zimowego, to z radości złapałam lewą ręką za prawe ucho. Bo takie rzeczy, nieco szalone i irracjonalne, robi się wtedy, gdy człowiek cieszy się tak, Że nie można tego wypowiedzieć słowami.
W końcu wstał! Obudził się, przetarł wielką łapą zaspane oczy i wyszedł z gawry zobaczyć, co się zmieniło na świecie podczas jego nieobecności. Zmieniło się na przykład to, że obok leży żółw. Ale szybko okazuje się, że jest tu tylko przejazdem. Ale tak miło jest porozmawiać z żółwiem! Posłuchać, co mu się śniło podczas jego snu zimowego. A potem sprawdzić co jeszcze się zmieniło tej zimy. I w końcu upewnić się, co jest niezmienne – przyjaźń! Pod wiśniowym drzewem spotykają się niedźwiedź (i żółw), borsuk, zając, sroka, łasica, lis, wiewiórka… Tak dobrze znów być razem! Tak dobrze wiedzieć, że gdy się spało, ciągle miało się przyjaciół i że nie zniknęli, gdy otworzyło się oczy! Opowiadają sobie teraz nawzajem całą swoją zimę i radują się wiosną. A wiosną też dzieje się dużo. Na przykład coś, co ludzie nazywają „piknikiem”. Trzeba wtedy wziąć dużo dobrego jedzenia i zjeść poza domem. Ale skoro domem dla zwierzaków jest cały las, to chyba oni muszą zjeść w środku? Czy nada się do tego mały drewniany domek z wielkim oknem? Wiosną można też wyruszyć na wycieczkę autobusem 43. Wiosną można znaleźć w trawie taki dziwny mały bucząco-świecący przedmiot, o którym sroka mówi, że nazywa się telefon. Można też odwiedzić Ramonę – ludzka przyjaciółka zaprasza Bjorna do miasta na basen. Tylko czy niedźwiedzie mogą się kąpać? Trzeba to koniecznie sprawdzić w regulaminie! Wiosną miło też dostać list od kolegi, który jest teraz zupełnie gdzie indziej. Ale dzięki listowi jakby bliżej. Jakby tuż obok.
Tęskniłam za Bjornem, gdy spał! Nie chciałam mu przeszkadzać, choć od czasu do czasu do niego zaglądałam. Jak dobrze, że u Bjorna nie zaczyna się teraz zima, jak u mnie i że mogę się rozsiąść w Wielkim Lesie, pod drzewem albo przy stole, tam, gdzie akurat siedzą przyjaciele i po prostu być z nimi. Tak zwyczajnie, choć magicznie, bo to przecież jeden z moich absolutnie przeukochanych lasów i jeden z moich absolutnie przeukochanych niedźwiedzi, ktoś zupełnie wyjątkowy, przyjaciel na całe życie. Majka rozsiada się tuż obok. I dobrze jej tu tak samo, jak mi. Nie chce wychodzić z książki, najchętniej bez końca jeździłaby autobusem 43. W Wielkim Lesie taka cisza i spokój. Jeśli dzwoni telefon, to tylko przez chwilę. Ale ważniejsze są przecież dojrzałe śliwki – aparat upada na ziemię i wszyscy naraz o nim zapominają – ja o swoim też. Gdy wchodzę do Wielkiego Lasu zapominam o troskach. To książka „zwolnij!”. Nie mówi tego wprost, nie krzyczy o tym z okładki, zachęcając, żeby „już, teraz, zaraz” odciąć się od świata. Robi to w sposób niewymuszony, naturalnie. Zupełnie jak Bjorn, który owszem, od czasu do czasu może pojawić się w mieście, ale zawsze wraca do swojej gawry i przyjaciół, których zostawił w lesie. Dziwi się wielkiemu światu, interesującemu na swój sposób (pianino wciągane na trzecie piętro!), ale wielki świat istnieje według niego tylko po to, żeby mógł o nim potem opowiedzieć borsukowi, sroce czy zającowi. Najlepiej przy soczystych śliwkach.







sobota, 23 listopada 2019

633. NIE PRZECZYTAŁAM TEJ KSIĄŻKI DO KOŃCA


JOAN AIKEN
„OGRÓD DO SKŁADANIA. OPOWIEŚCI ZEBRANE O RODZINIE ARMITAGE'ÓW”
(TŁ. EWA RAJEWSKA)
DWIE SIOSTRY, WARSZAWA 2019
ILUSTROWAŁ PETER BAILEY

Wszystko wzięło swój początek w odległych czasach dzieciństwa Pani Armitage. Gdy była mała wierzyła, że kamyki z dziurką włożone na palec, spełniają życzenia. Dużo, dużo później, gdy już poznała Pana Artmitage'a, wyszła za niego za mąż i wygrzewała się na plaży w hrabstwie Sussex podczas swojego miesiąca miodowego, właśnie na taki kamyk trafiły jej niespokojne palce. Od razu włożyła go na palec i wypowiedziała życzenie. Chwilę wcześniej rozmawiała ze swoim młodym mężem o ich przyszłości. O tym, co właściwie będą w życiu robić. Czy praca, dom, praca, gotowanie, dom, praca, gotowanie i ewentualnie dzieci, to nie będzie zbyt nudne? Nic dziwnego, że gdy biały kamyk ozdobił jej dłoń, zażyczyła sobie, by mieszkać w wiejskim domu z dużym ogrodem i przynajmniej jednym duchem. Chciałaby mieć dwoje dzieci: Marka i Harriet, których matką chrzestną byłaby wróżka. No i żeby co poniedziałek zdarzały im się interesujące i niezwykłe przygody. No ale nie w każdy poniedziałek, bo przecież to byłoby przewidywalne. Słowem... żeby nie było w ich życiu nudno.
I okazuje się, że ten „myk” z kamykiem z dziurką to nie bujda. Bo kilka lat później Państwo Armitage mieszkają w domu z ogródkiem i duchem, mają dzieci (oczywiście Marka i Harriet) i starają się nie planować niczego na poniedziałek, bo ich poniedziałki są zawsze interesujące i nieprzewidywalne. Jest wszystko dokładnie tak, jak być miało: wróżka, duchy, sąsiadki wiedźmy, jednorożce (Wilczomlecz jest niewiarygodnie szybki i mieszka w ich szklarni, a pan Meads obrabia jednorożcami swoje pole), w przedszkolu dzieci uczą się zaklęć, a ich nauczycielka cytuje „Makbeta” i bywa czasem, że rodzice w wyniku „serii niefortunnych zdarzeń” zostają zamienieni w biedronki… Tak, zupełnie nie jest nudno…
Wszystko wzięło swój początek w dzieciństwie autorki Joan Aiken. Nie dość, że miała ojca pisarza, to miała także ojczyma pisarza. Więc opowieści krążyły w jej domu (domach) w tę i z powrotem. Nasiąkła nimi, przeniknęły ją, a pierwsza historia z „universum Armitage'ów” to była parodią cyklu opowiadań o angielskiej rodzinie z klasy średniej, którą wydał jej ojczym. Opowiadanie „Ale przecież dzisiaj jest wtorek” spodobało się w BBC i tak zaczęły powstawać kolejne i kolejne. Autorka sięgała do swoich wspomnień – do szczęśliwego dzieciństwa. Zawsze była przekonana, że do „żyli długo i szczęśliwie” potrzebne są duchy, wiedźmy, wróżki, gorgony, meduzy, jednorożce i różdżki.
Muszę się przyznać do jednego – polecam tę książkę, choć nie przeczytałam jej do końca… Ale powód jest prosty: tzw. paradoks czytelniczy. Taki stan osiągasz wtedy, gdy chcesz przeczytać książkę do końca jak najszybciej, bo tak bardzo cię podoba, tak świetnie ci się ją czyta, tak dobrze jest napisana i jednocześnie nie chcesz jej kończyć, bo tak bardzo cię podoba, tak świetnie ci się ją czyta, tak dobrze jest napisana… Poza tym ze spotkaniami z rodziną Armitage'ów nie można przesadzać. To zupełnie tak, jak w tym życzeniu Pani Armitage: niech się dzieje dużo, mocno, intensywnie, kolorowo, ale tylko w poniedziałki. Żeby nie znudzić się niezwykłością. Żeby niezwykłość nie stała się codziennością. Za dużo cudów naraz sprawia, że boli głowa.
Cieszę się, że to grubaśna książka, bo starczy jej na długo. Po pochłonięciu naraz blisko 100 stron, postanowiłam czytać po jednym opowiadaniu. W poniedziałki. Cieszę się teraz na te poniedziałki, bo tęskno mi do tej szalonej rodziny, zastanawiam się, co się u nich wydarzy kolejnym razem. Podziwiam wyobraźnię autorki, podziwiam jej nonszalancki styl, doskonale pasujący do historii rodziny, która przyjmuje u siebie gości, jeżdżących na co dzień smokobusami. I czasami, tuż przed snem, szepczę tacie Majki do zasypiającego ucha słowa Pani Armitage: „Żałuj, że nie wróciłeś na podwieczorek. Dzisiejszy poniedziałek był po prostu cudowny!”